Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia Jadwiga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia Jadwiga. Pokaż wszystkie posty

16 stycznia 2018

Dzień pikantnych potraw

Chili con Carne - żarcie ma moje imię!
Dziś jest światowe święto Pikantnych Potraw - czyli moje! Przecież to ja mam wpisane w dokumentach rodzinnych, sięgających do arystokratycznej piątej prapraprababki wstecz i takiegoż dziadka, a które to dostałam po urodzeniu i zabrałam na drogę do moich pierwszych i drugich Państwa, imiona: Chili Pepper de Tricolor! A przecież w świecie opasłych od zjadania pyszności dwunogów, przyprawy: pieprz i chili to bardzo pikantne posypki...
Ciekawe, że pomimo posiadania imion tak ostrych jak brzytwa, nie jestem zwolenniczką takiego jedzenia? Wolę raczej takie świeże, nie doprawiane mięsko, najchętniej fragmenty jakiegoś młodego wołu. Nie pogardzam również drobiem ani świńskimi podrobami - mój stosunek do serc czy wątróbek jest bardzo pozytywny! Natomiast ryby lubię usmażone - z niecierpliwością drętwieję u stóp mojego Państwa, oczekując, aż spadnie na podłogę kręgosłup czy skóra z dorsza...
W domowych opowieściach o superpsicy imieniem Koko wciąż przewija się epizod z solonymi śledźmi. Kokusia była bardzo grzecznym psem i nie potrafiła odmówić poczęstunku, zwłaszcza od babci mojego Pana, co potem odchorowała (i przy okazji umęczyła Panią). Pomna tej przypowieści - w życiu bym nie wzięła między zęby jakiegoś tam śledzia! A fuj!

27 lutego 2015

Zwierz prehistoryczny czyli Koko nr 1

Koko i mój Pan
Podobno dawno, dawno temu, setki pokoleń kotów wstecz, gdy Pan sam był dwunogim szczeniakiem, miał pieska o imieniu Koko. Nie był to żaden psi hrabia i nie miał życiorysu upstrzonego medalami. Ot, po prostu, zwyczajny kundelek. Ale nasz Pan wspomina go często, bo to był jego pierwszy czworonóg... Razem się bawili, chodzili na spacery, uczyli się różnych pojęć i zachowań, razem spali nawet czasami. Pan był dla Koko całym światem, a Koko był  ulubieńcem Pana i całej Pańskiej rodziny...
Nie nacieszyli się sobą zbyt długo, nie zdążyli się sobie znudzić: pewnego dnia jakiś nieuważny kierowca potrącił Koko, przebiegającego ulicę w miejscu niewyznaczonym na przejście dla psów i ludzi. Weterynarz nie dał pieskowi szansy wyzdrowienia - obrażenia wewnętrzne były na tyle poważne, że Koko odszedł do psiego raju...  Babcia naszego Pana była tym faktem przybita, przeżywała bardzo... A za jakiś czas dziadek Pana doznał kontuzji - a babcia tą wiadomość zbagatelizowała zupełnie - wpadła do domu z okrzykiem: "Ale draka! Jasiek złamał rękę!"
Słyszałem że koty też nader często giną pod kołami samochodów - może trzeba zlikwidować te auta?