Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zęby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zęby. Pokaż wszystkie posty

10 maja 2018

Dwa krwiaki Dominiki

Kika de Baskerville
Och, ta Kika, moja młodsza siostra, to dopiero jest ścichapęk! Tylko mnie i Państwo podgryza tak delikatniutko i pieszczotliwie - a gdy nikt nie patrzy,  jak uzbrojony tasiemiec - wgryza się. W głąb duszy! Kiedy Pan zabrał ją do domu swojej dwunogiej i zroweryzowanej siostry, Dominiki, to Kikusia zamiast podziękować grzecznie za podaną miarkę wody, poturbowała pomocną dłoń nosem i językiem. I to dwukrotnie! To natychmiast u gospodarzy zaowocowało wybuchem nieskrywanej niechęci do psów, a zwłaszcza czarnych...
Oczywiście, mnie Kika nic nie powiedziała, trzymała swą psią mordę w kuble. Sprawa się stała głośną, gdy poszkodowana rozmawiała z naszą Panią. Szepcząc do słuchawki objaśniła, że na skutek całkowicie nieodpowiedzialnej i w dodatku niezapowiedzianej wizyty Pana - posiadła aż dwa krwiaki. Co ciekawe - bez śladów pokąsania...
Ja, znawczyni skłonności Dominiki do ubarwiania świata, nie uwierzyłam w ani jedno słowo tej opowieści - skąd w dwunogach takie skłonności do bujania? 

07 maja 2018

Wodowłaz Kika

poproszę dowody!
Bolek miał rację, kiedy miauczał mi, że będę kontynuowała jego dzieło! Ale jak pies ma pisać o kocich sprawach? To jakby przeciw naturze! Bo niby skąd miałam przypuszczać, że będzie w naszym stadzie nowy pyszczek? No, na razie mordeczka mała, choć i tak mnie podgryza pieszczotliwie i boleśnie - strach pomyśleć co będzie, kiedy podrośnie? Będzie miała paszczę jak rekin-ludojad (Pana już ugryzła ze dwa razy w nos...)!
Na razie rekiństwo przejawia się w umiłowaniu wody - Kika w każdej wolnej chwili włazi z butami do miski pełnej wody, którą nasz Pan codzień napełnia i stawia na środku trawniczka. Może ona nie jest groenendael, jak twierdzą dwunogi, tylko wodowłaz? To by ją tłumaczyło...

22 lipca 2016

Zęby pod ochroną

O, demokracja nie jest dla kotów! Ja się tu staram, Państwa miziam, świecę przykładem posłuszeństwa - a w zamian co: czasem jakaś saszetka, dwa głaski! A psy - proszę bardzo, mają socjal jak w Ameryce! Może to wskutek tych samych przemian, dzięki którym nawet dwunogi listopodawca daje im coś za nic... 
zmywaki...
Bo dzisiaj Pan przyniósł list, adresowany do nich, a wysłany przez jakiegoś Pala o śmiesznym nazwisku Pedigree (kojarzy mi się nie wiem czemu, z pedicuree...). I w tym liście dostały takie czyścidła do zębów, o smaku gulaszu wołowo-drobiowego. Bieluszka od razu swoją pałeczkę zakopała na potem - pewnie umyje sobie kły przed spaniem. A Chilusia po swojemu - zamknęła się w najdalszym kącie budki i natychmiast przystąpiła do szorowania uzębienia... 
Trzeba przyznać, że Pal przysłał trzy patyczki, więc być może coś tam kumał, że w stadzie naszych Państwa jest nas troje czterołapów? Ale nie takich samych! Mam swój koci honor - nie będę mył zębów psią szczoteczką! To prawie tak samo, jakbym czyścił buty pastą rybną...

24 marca 2015

Stomatologiczne przemyślenia

Od dwóch dni nie mogę się uspokoić - oprócz tego że cały jakoś robię się większy, nie mogę wejść na stojąco pod szafę, to jeszcze w pysku mam superatę! Siostra Pana, kotolubczyni o imieniu Dominika orzekła, że rosną mi nowe zęby. Ale po co? Przecież mam już kły i siekacze, którymi nieraz ugryzłem Pana albo ogryzałem kości... Cóż, podobno one są "mleczne". Ciekawe, czy wyrosły mi dlatego, że tak lubię mleko? Ale co to ma za znaczenie - przecież jakiś tam dwunogi lump, do otwierania butelki z piwem nie ma zębów "piwnych"? Rozmawiałem o tej sprawie z Chili, i dowiedziałem się, że ona musiała wraz z Panem odwiedzić dentystę - miała podwójne kły... Mam nadzieję, że ja nie będę musiał układać się na fotelu w celach ekstrakcyjnych, że wypadną mi same, i że nie będę musiał na starość nosić sztucznej szczęki... 

13 lutego 2015

Kły i szpony

Wciąż rosnę, więc i moje pazurki, w pierwszych tygodniach ledwo wysuwane, nieporadnie miękie - teraz nabrały ostrości i mocy, jak katany... I zębiska mam już ostre! Sucharki chrzęszczą przy jedzeniu, a gdy Pani albo Pan rzuci kość - wyrywamy sobie z Chili. Już wiem co to jest kurczak (przeważnie pieczony, czasem gotowany) - mięso łykam z zamkniętymi oczami, a kosteczki - ogryzam dokładnie... 
Pazurami chwytam się karku Bieluszki i jadę na niej jak John Wayne - w końcu jestem Bolo... Wiem, że podczas zabawy z Państwem nie wolno mi pazurów wyciągać. Ale czasem zapomnę - wtedy Pani mi przypomina i zakazuje. Pan widocznie ma twardszą skórę, jak to facet, bo reaguje mniej żywiołowo. Ale i on nieraz krzyknie albo i przekleństwem mnie obrzuci, kiedy ugryzę go w dłoń albo w nogę...

04 stycznia 2015

Muszka - matka Bielucha

Dziś cały dzień bawiłem się z Bieluchem. Biegalismy z kuchni do pokoju: raz ja goniłem, a raz byłem ściganym. Chwilami chowałem się na półce z sucharkami albo w kuwecie. Ciągnęła mnie trochę za głowę, potem ja wbijałem pazury w jej sierść i udawałem, że czeszę pukle jej grzywki. Wreszcie zmęczyliśmy się oboje. Ale to rozkoszna chwila - po gimnastyce zdrzemnąć się w ciepłym posłanku... Byłem na tyle śmiały jak mój przedwieczny imiennik, że wlazłem z Bieluchem do jej posłania. I tak dowiedziałem się, jak było z Muszką, jej mamusią... 
Trafiła do domu Państwa, jak my wszyscy (oprócz Bieluszki, tutaj urodzonej) - już jako podrosłe szczenię, przywieziona przez mamę naszej Pani. Mała i zadziorna, szybko wślizgnęła się do nowego stada dwunogich. Uwielbiała jazdę samochodem i jeździła z Państwem wszędzie! Czuła się takim psim autoalarmem, bo ktokolwiek stał obok Państwa auta dłużej niż parę sekund, natychmiast był obszczekiwany zaciekle. Muszka siedziała na tylnej półce i obserwowała cały teren. Została też zaakceptowana przez ogromnego psa o dziecinnym imieniu Koko, o którym trwa w Państwa domu szeptana historia, warta odrębnego opowiadania, a może i kilku... 
Mucha - mamusia Bielucha
Muszka  oprócz normalnych psich zwyczajów, takich jak szczekanie na przechodzących ulicą, wylegiwanie się na słońcu i żebraniu o smakowite kąski z Pańskiego stołu miała jeszcze swą mroczną tajemnicę. Otóż zcichapęk, bez ostrzeżenia, a wręcz chyłkiem gryzła dwunogich (wybierała ich sobie starannie, nie kąsała byle kogo)... Z racji swego niedużego wzrostu - łydki dwunogich były jej celem. Nie było dla Muszki nic świętego. Ugryzła księdza, co przyszedł po kolędzie! Koleżanki Pani też zostały oznakowane: z powodu braku jednego z kłów Muszka zostawiała na ciele bardziej lub mniej krwawe plamki, ułożone w trójkąt. Robotnicy, pracujący na budowie po sąsiedzku, chodzący na codzień w gumofilcach byli w miarę bezpieczni. Ale kierowniczka budowy, kobieta w szpilkach, już nie... Nawet ojciec Pana, mimo że nieobcy, też dostał od Muszki bolesny prezent, a tylko dlatego, że ośmielił się sięgnąć po coś z bagażnika Państwa samochodu! Ukoronowaniem jej wampirzej działalności było ukąszenie klientki sklepu z żelastwem, gdzie poszła z Panem po zakupy...
dzieci Muchy - maluszki
Do Muszki przychodził zalotnik z okolic targu - jasnokremowy, cwany kundelek. Za którymś razem jakoś nakłonił koleżankę do uległości - a po kilku miesiącach Muszka powiła pięcioro kolorowych szczeniąt: dwoje czarnych - podpalanych, dwoje kremowych i jedną suczkę koloru czekolady mlecznej... Ta ostatnia miała od urodzenia złamany ogonek i nazwali ją Rudzik. Podobny do Bielucha był szczeniak o imieniu Beżowiec. Jedna z córeczek Muszki, w ubranku czarnym jak jej mama, trafiła pod opiekuńcze skrzydła koleżanki Pani (nazwali ją Mikusią) i do dziś wiedzie tam królewskie życie, rozpieszczana bez umiaru. Czworo pozostałych pojechało w rodzinne strony Muszki i tam zostało rozdysponowane do różnych stad dwunogich... Jeden synek o dobitnie świadczącym o żarłocznym charakterze imieniu Wałek zamieszkał na wsi razem z rodzicami Pani. Uch! Państwo odetchnęli z ulgą, bo życie z siedmioma psami we wspólnym domu to były przeżycia ekstremalne! Szczeniaki wypruły z Paninego obuwia ozdoby, ogryzły nogi od stołu, a przy tym przejawiały żarłoczność szarańczy i hałaśliwość nadmierną... Wreszcie nastąpił upragniony spokój!!!
rodzina Bielucha
A rok później, z tego samego ojca - na świat przyszła moja starsza koleżanka - Bieluch...

27 grudnia 2014

Święta, święta i... po świętach

Ech! Miałybyć te święta taaakie długie, a tu ot, jak ogonem machnął: kolacja wigilijna przeciągnęła się blisko do północy, a potem dwunodzy wcale nas nie słuchali, tylko pobiegli do kościoła na "mszę". Więc i my, nic nie mówiąc, zaszyliśmy się w swoich legowiskach. Następny dzień też wcale nie jakiś tam odmienny, przynajmniej dla mnie. Trochę pospałem u Państwa w pościeli, potem zjadłem sucharków, poganiałem się z Bieluchem, popiłem mleka i znowu pospałem. Normalka! Codziennie tak robię, więc nie widziałem żadnej różnicy. Dopiero wczoraj z okna dojrzałem coś dziwnego - z góry spadało takie coś białawe, jakby ktoś mlekiem sikał. Od Bielucha dowiedziałem się, że to jest "śnieg", ale nie wiem nadal, do czego on służy, bo Państwo nie wypuszczają mnie za "drzwi". Czy on spada tylko na święta? Z czego jest zrobiony? Felicja mówiła, że jest "zimny"...  
Kolejny dzień identyczny do poprzednich - co te dwunogi widzą w tych świętach? Przereklamowane! Fakt, odwiedził nas jeden inny, mniej znany człowiek, ale zabawa z nim taka sama, jak z Państwem - a to go zębami za palec, a to pazurkami gdzie bądź! Dosypał mi sucharków, więc chyba jest "dobry"... Państwo orzekli zgodnie, że urosłem. Pewnie to od tego "śniegu"... Ciekawe, jak długo rosła Felicja? Czy będę kiedyś taki, jak ona? Od tych pytań mąci mi się w głowie - pójdę, pobawię się z Chili. 

                  

22 grudnia 2014

Szybko, wolno, a czemu "nie wolno"?

Już mieszkam w domu Państwa blisko miesiąc. A sam mam niewiele więcej, niż dwa razy tyle. Poznaję wszystkie zakamarki: byłem już w szafie z ubraniami, w kabinie prysznicowej, w Bieluchowym domku, zaglądałem do pralki, chodziłem po stole, wyłaziłem na łóżko. Czasem podczas tych moich wędrówek słyszę od Państwa "Nie wolno!" I jak sprawdzam zębami, czy Pan albo Pani są smaczni - też krzyczą to samo! A przecież ja nie gryzę ich powoli, tylko szybko... Tak samo szybko biegam - Chili przenigdy mnie nie dogoni, chyba że dam jej fory... Moja starsza przyrodnia siostra Felicja przechodzi pomału i dostojnie. Bieluch to też zasadniczo flegmatyk. Wychodzi z tego, że jestem w tym gronie najszybszy! Więc posłuszny jestem Państwu, kiedy do mnie mówią: Bolek, nie wolno!
przenikliwe oczy Felicji
Przez tą moją zwinność i niepowstrzymane chęci poznawcze - Państwo zrezygnowali z ubierania choinki. Pani za to wymyśliła dekorację świąteczną antykotową - nad drzwiami, prowadzącymi na taras. Pan ze stopni drabiny poupinał różne ozdoby i lampki bezposrednio na firance. Podoba mi się to przybranie, ale nie mam szans na obejrzenie z bliska... Nawet gdybym skoczył o tyczce, też bym nie dosięgnął... Ale cóż to może znaczyć, że w tym roku choinka będzie gołą? Czy nie będzie jej zimno bez ubrania?
Z dnia na dzień poznaję nowe słowa, nowe pokarmy i nowe zwyczaje w tym domu panujące. Już pomału zaprzyjaźniam się z Felicją - coraz rzadziej na mnie warczy, tylko piorunuje mnie swoim przenikliwym okiem...
Jutro rano mają przyjść kuzyni Państwa, żeby się ze mną zapoznać. Wszystko dokładnie opowiem po południu albo wieczorem - bardzo się cieszę na to spotkanie!!! Teraz już idę spać - może w ciepłym posłaniu trochę urosnę, jak to ciasto, które Pani będzie piekła?

18 grudnia 2014

Kocie życie u dwunogich

To znowu ja, Bolesław! Pomalutku poznaję swój nowy dom. Na razie, przez pierwsze dni czułem się jak Robinson Kotuzoe na wyspie, choć może nie całkiem bezludnej, ale OBCEJ!!! Wszystko było odmienne niż w moim dotychczasowym domu: inne psy, inny kot, inni ludzie, inne meble! Mam jadalnię na antresoli, mówiłem już. Dwa pierwsze dni chodziłem do baru po drewnianej kotostradzie. Ale już umiem wskoczyć na jedne głębsze mleko i zagrychę... Dostałem na własność jaskinię w fioletową kratkę. Ale któżby tam spał w pieczarze? Wyłażę na jej uginający się daszek i odsypiam po harcach...

Tańczę na rurze!
Pan jest niezły, i Pani też. Pani dba o moje wnętrze (nie czyta mi wprawdzie poezji Rabindranatha Kotagore, ale pamięta o mleku i sucharkach). A Pan to lekkoduch - tylko by się z tą Chili dogadywał albo Bieluchem się nakrywał... Chociaż co do rozrywek, to nie ma, jak ugryźć właśnie Pana w palec u nogi albo w ucho - wtedy tak śmiesznie wrzeszczy! Bo Pani piszczała strasznie, myślałem że każe mi sobie iść precz... Pan załatwił mi taką "kulę" na linie, do zabawy. Ale najfajniej wychodzi mi taniec na "rurze", nawet bez muzyki... Tutaj widać mnie w akcji. Fotkę pyknął mi Pan, taką srebrną cegłą z piorunem u góry.
I odpędza mnie, kiedy chcę poznać toto zupełnie z bliska...
Parę dni temu, to dopiero było!
Państwo najpierw uwijało się przez całe rano, a to ze szmatkami, a to ze szczotką i jakimś okropnym potworem wyjącym i ssącym i przeganiali mnie z kąta w kąt, a potem naschodziło się mnóstwo innych dwunożnych i każdy chciał mnie dotknąć! Ba, żeby tam dotknąć - trzymać na rękach każdy by chciał. Podawali mnie sobie z rąk do rąk, aż w Chili i Bieluchu zazdrość buzowała! A najbardziej dwoje takich ścisłych, "matematycznych" - oni są podobno słynnymi kotolubcami. Państwo mówi do nich "Jolu" albo "Andrzeju", ale które jest które, to nierozwikłana zagadka... Chili mówiła mi potem, że kiedy ona przyszła do tych Państwa - miała tak samo... Z jednej strony żal rozłąki, a z drugiej - zapoznawcze "pieszczoty"...