Państwo to ma od
zarania takie szczęście z tymi czteronożnymi: Koko została odebrana od
bezdusznych dwunogich i nie musiała spędzić reszty życia, uwiązana na
łańcuchu, o oczkach większych niż jej młoda łapka. Mucha została przywieziona na
trochę i została na
zawsze, Felicja - znaleziona na odległym osiedlu przez koleżankę Pani z
pracy - niemalże
siłą dołączona do
stadła. I dalej - Chili, przyczyna dziecięcej alergii - w nowym domu kochana
na zabój, a na końcu ja - wyszukany przez Państwa jako
instruktor gimnastyki dla wspomnianej już Chili.
O tym wszystkim rozmawialiśmy we troje (z Bieluszką, pod stołem w kuchni).
 |
| Pani ją ochrzciła imieniem Tina |
Wtedy też psy opowiedziały, jak to było z Tiną. Co za historia - psi
horror! Aż się popłakałem, chociaż to nie
krewna...
Było tak: kolega Pani z pracy, jednego lipcowego dnia opowiadał, że jeden z sąsiadów znalazł na
peryferyjnej ulicy
bezdomnego pieska, całkiem jak Chili, tylko
rudego. Ale nie mają co z nim zrobić, i chyba oddadzą do
schroniska. Państwo, po krótkiej naradzie orzekli, że zamiast do schroniska, niechby Oni wzięli to biedne zwierzątko! Pan pojechał pod wskazany adres i przywiózł do domu rozdygotane z nerwów,
zestressowane maleństwo, chihuahuę jeszcze mniejszą niż Chili! W dodatku oblane jakimś
ohydnym płynem, piekącym w ręce przy głaskaniu! Pan je delikatnie
umył. Potem zabrał piesiątko do l
ekarza (ja też do niego się wybieram!), gdzie zostało zbadane na okoliczność ewentualnych
złamań.
Doktór stwierdził, że piesek jest zdrowy na ciele, a co do
umysłu - to ma w pamięci
straszliwe przeżycia. Zalecił spokój i dużo czułości - tego u Państwa jest pod dostatkiem. Potem Państwo ją
ochrzcili - nadali imię Tina. Ależ to było grzeczne piesiątko! Nie umiało chodzić po
trawie, ale
brodziło w
roślinach krokiem
bocianim (wysoko podnosząc nóżki), idąc na siku.
Państwo oraz wszyscy inni znajomi dwunożni zachodzili w głowę, jaki zwyrodnialec porzucił na poboczu peryferyjnej ulicy, w blasku piekącego lipcowego słońca tą żywą maskotkę? A jakaś druga zwariowana baba wzięła ją na trochę do swojego domu, gdzie mieszkał stary, ośliniony buldog. Ale Tina nie nadawała się na zabawkę dla tego potwora. Nawet szczekać porządnie nie umiała... Więc babsko spowrotem wygoniło pieseczka na ulicę!
Tina po kilku dniach
oswoiła się z Państwem i z domową zwierzyną. Ale wciąż potrzebowała bliskości dwunogich - nawet nocą zakradała się do ich legowiska, wspinając się po stromych schodach... Najlepiej czuła się leżąc na Panu, tak jak na
fotografii.
Po tygodniu, może 10 dniach
objawił się
beztroski właściciel Tiny. Zgłosił się do zaprzyjaźnionego z Państwem doktora od psów, kotów i innych czteronożnych z
listem gończym za swoją suczką. Podczas konfrontacji Tina rozpoznała swojego pierwszego pana, i odeszła za nim... Podobno nasz Pan do dziś żałuje, że oddał te biedne zwierzę w ręce niby
uprawnione, ale całkowicie
nieodpowiedzialne... Bo psy tak mają: niezależnie, jakim człowiekiem jest ich Pan - pozostają mu wierne.