Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kąpiel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kąpiel. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca 2015

Bolesław i nieloty

full nielot
Hej, witajcie, moi fani! Na trochę zamilkłem, bo wciąż miałem przed oczami wspomnienie tego strasznego wieczoru... Pan czytał w gazecie (jakby ktoś nie wiedział, to taki kocyk cieniutki, w różne wzory, głównie w paski), że w miejskim parku są już pawie. Nie wiem, co dwunogi widzą w tych istotach, kalekich ptakach z rozległymi ogonami? Poszedłem sobie na wieczorny spacer. Przechodziłem jak zwykle, pod płotem, a następnie pod ścianą domu naprzeciwko. I tam mnie dopadło nieszczęście - z balkonu najpierw coś pociekło, a potem spadły mi na głowę mokre fragmenty pizzy, nieopisanie wstrętnie cuchnące! Uciekłem stamtąd co sił w łapach, żeby mnie nie utopili w tym deszczu... A w domu - kolejny koszmar - Pan musiał mnie wziąć pod prysznic! Mył i mył i mył, dokładnie, psim szamponem, aż zmył ze mnie to ohydztwo. I powiedział do Pani, że ktoś na mnie rzucił pawia... Nie wiem, co miał na myśli, bo to co miałem na sobie, nijak nie przypominało tęczowych piór kuraka. Ale za to wiem, że na mieszkańców sąsiedniego domu trzeba spojrzeć uważniej - w każdej chwili mogą chcieć powtórzyć wypuszczanie nielotów...

31 marca 2015

Psia łaźnia

czysta Chili
Chili była w kąpieli! Pan napuścił wody do brodzika, zmoczył sierść pod prysznicem, a potem użył szamponu. Szorowana była pienistą cieczą Chilusia, i pod brodą, i po grzbiecie, nawet ogon został oczyszczony... Potem - jak w myjni samochodowej - nastąpiło suszenie, wycieranie ręcznikami. I na końcu suszenie powietrzne (pieseczek się wytrzepał i przebiegł cztery razy z kuchni do pokoju). Z wrodzonej uprzejmości nie pytałem Bieluszki, po co to całe mycie, i czy ona także pójdzie do łaźni?
Mnie to nie dotyczy - ja myję się sam, na pół sucho. Koty tak mają. Chociaż nie wszystkie - wśród mieszkających z Państwem była jedna czarna owca, chociaż ruda. Miała na imię Boruch i nie myła się nigdy. Na szczęście trafiła do Państwa w porze wiosennej, więc czasem błoto spadało z niej wraz z deszczem... Nigdy też nie mruczała - to chyba była jakaś chińska podróbka!

21 marca 2015

Model, na wybieg!

kocie akty
To znowu ja, Wasz Bolesław Celebryta! Po tych zabiegach upiększających poczułem się jak czarna gwiazda! Pan, który nie rozstaje się z tą srebrną cegłą, nazywaną w świecie dwunogich aparatem, postanowił potwierdzić moją nową tożsamość profesjonalną sesją foto! Zachowywałem się jak profesjonalny model - wyginałem się we wszystkie strony, prezentowałem muskuły, uśmiech i futro. Po prawej możecie oglądać jedną ze stu kart mojego portfolio. Zamierzam być sławny! Jeśli Pan pozwoli, napiszę do telewizji, niechby mnie wzięli do jakiegoś show, gdzie dwunogi wpadają w błoto, a potem się myją. Ja myję się co chwilę - umiem to tak samo dobrze, jak mruczeć Państwu przed zaśnięciem... 
A jeśli nie wezmą mnie do jakiegoś reality show, zdjęcia powędrują do szuflady, a ja pozostanę prywatną maskotką moich Państwa - też przyjemna pespektywa...

19 marca 2015

Kocia higiena

Czekam na pedicure...
Państwo mnie zaskoczyli! Okazało się, że ta dwunoga młoda osóbka, którą Państwo wręcz uwielbiają, która z radością pielęgnuje zielone części roślin, która także ma w domu kota, jest również kosmetyczką! Dziś zrobiła mi manicure, a po krótkiej przerwie na łyk kakao, także pedicure. Jako młody kot nie miałem zrogowaciałych pięt ani odcisków, ale pazury zostały przycięte i przypiłowane. Żałuję, że nie jestem kociczką, bo może dostałbym jeszcze tipsy z wzorkiem w malutkie myszy... Ach, precz takie głupie myśli - w dwunogim świecie co i rusz jakiś facet zakłada szpilki, maluje sobie oczy i brwi, a nawet każe sobie przyszyć piersi - zawsze potem jest wyśmiewany i opluwany, a ja swoją godność mam! Nie zmienię się w uległą kotkę, będę z dumą obnosił swoje kocurostwo! Ale facet także powinien dbać o czystość - więc myję się przy każdej okazji. Tylko kąpieli nie toleruję... Raz tylko zniosłem kąpiel z godnością - gdy byłem całkiem malutki i wpadłem do sedesu, Pan szorował mnie szamponem dla psów - to była wyższa konieczność, więc nawet nie pisnąłem...

04 lutego 2015

Tina - kilkudniowa lokatorka

Państwo to ma od zarania takie szczęście z tymi czteronożnymi: Koko została odebrana od bezdusznych dwunogich i nie musiała spędzić reszty życia, uwiązana na łańcuchu, o oczkach większych niż jej młoda łapka. Mucha została przywieziona na trochę i została na zawsze, Felicja - znaleziona na odległym osiedlu przez koleżankę Pani z pracy - niemalże siłą dołączona do stadła. I dalej - Chili, przyczyna dziecięcej alergii - w nowym domu kochana na zabój, a na końcu ja - wyszukany przez Państwa jako instruktor gimnastyki dla wspomnianej już Chili.
O tym wszystkim rozmawialiśmy we troje (z Bieluszką, pod stołem w kuchni).
Pani ją ochrzciła imieniem Tina
 Wtedy też psy opowiedziały, jak to było z Tiną. Co za historia - psi horror! Aż się popłakałem, chociaż to nie krewna...
Było tak: kolega Pani z pracy, jednego lipcowego dnia opowiadał, że jeden z sąsiadów znalazł na peryferyjnej ulicy bezdomnego pieska, całkiem jak Chili, tylko rudego. Ale nie mają co z nim zrobić, i chyba oddadzą do schroniska. Państwo, po krótkiej naradzie orzekli, że zamiast do schroniska, niechby Oni wzięli to biedne zwierzątko! Pan pojechał pod wskazany adres i przywiózł do domu rozdygotane z nerwów, zestressowane maleństwo, chihuahuę jeszcze mniejszą niż Chili! W dodatku oblane jakimś ohydnym płynem, piekącym w ręce przy głaskaniu! Pan je delikatnie umył. Potem zabrał piesiątko do lekarza (ja też do niego się wybieram!), gdzie zostało zbadane na okoliczność ewentualnych złamań. Doktór stwierdził, że piesek jest zdrowy na ciele, a co do umysłu - to ma w pamięci straszliwe przeżycia. Zalecił spokój i dużo czułości - tego u Państwa jest pod dostatkiem. Potem Państwo ją ochrzcili - nadali imię Tina. Ależ to było grzeczne piesiątko! Nie umiało chodzić po trawie, ale brodziło w roślinach krokiem bocianim (wysoko podnosząc nóżki), idąc na siku. 
Państwo oraz wszyscy inni znajomi dwunożni zachodzili w głowę, jaki  zwyrodnialec porzucił na poboczu peryferyjnej ulicy, w blasku piekącego lipcowego słońca tą żywą maskotkę? A jakaś druga zwariowana baba wzięła ją na trochę do swojego domu, gdzie mieszkał stary, ośliniony buldog. Ale Tina nie nadawała się na zabawkę dla tego potwora. Nawet szczekać porządnie nie umiała... Więc babsko spowrotem wygoniło pieseczka na ulicę!
Tina po kilku dniach oswoiła się z Państwem i z domową zwierzyną. Ale wciąż potrzebowała bliskości dwunogich - nawet nocą zakradała się do ich legowiska, wspinając się po stromych schodach... Najlepiej czuła się leżąc na Panu, tak jak na fotografii.
Po tygodniu, może 10 dniach objawił się beztroski właściciel Tiny. Zgłosił się do zaprzyjaźnionego z Państwem doktora od psów, kotów i innych czteronożnych z listem gończym za swoją suczką. Podczas konfrontacji Tina rozpoznała swojego pierwszego pana, i odeszła za nim... Podobno nasz Pan do dziś żałuje, że oddał te biedne zwierzę w ręce niby uprawnione, ale całkowicie nieodpowiedzialne... Bo psy tak mają: niezależnie, jakim człowiekiem jest ich Pan - pozostają mu wierne.

16 stycznia 2015

Rosnę!

To znowu ja, Bolek! Rosnę, jak na drożdżach! Już nie ja się boję psów, tylko one mają chwilami mnie dosyć... Już z Felicją jesteśmy bliżej, choć nadal prycha niezadowolona, że wychłeptuję jej mleko z miski... Kilka dni nic nie nadawałem, bo nie było czasu. Państwo wczoraj wypatrywało, bo miał chodzić jakiś ksiądz. No i był, owszem, miły gość w ubraniu podobnym do mojego (jeśli chodzi o kolor). Wizyta trwała może z 10 minut - zdecydowanie za krótko! Na koniec modlitwy wszystko wokół zostało spryskane wodą święconą - ech, jakby deszcz, tylko w dobrej sprawie...
śpię jak umiem najlepiej
Psy chodzą gdzieś za drzwi, a Pan mnie odpędza, bo jakoby się boi, żebym się nie zgubił... Po powrocie opowiadają, że szczekały na różnych obcych dwunogich, że były pod płotem, że chłodno albo wręcz mroźno - nie rozumiem tych słów, przecież w domu jest jednakowo... Pani z kolei wciąż na mnie "apsika" - jak tylko zrobię jakiegoś psikusa. A to ciągnę za sznur od żelazka, a to ślizgam się na śnieżnobiałym obrusie. Raz tylko wprawiłem Państwa w osłupienie - kiedy wpadłem w jakąś śliską studnię... Ledwo mi się udało wyskoczyć - a Pani ubolewała, że mało nie utopiłem się w  wychodku. Fuj, zmokłem! A potem Pan jeszcze mnie wziął do zlewu i umył moje mokre futerko szamponem! Ale miałem nauczkę - już nigdy nie będę przebywał na sedesie - to może być zabójcze... Co ci Państwo mają za zdrowie - siadają na nim po kilka razy w ciągu dnia...