Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty

02 stycznia 2016

Nowy Rok Bolesława

Nie nabyliśmy się długo sami z Bieluszką, w te Święta! Nawet nie miałem czasu solidnie się pobyczyć w łożu moich Państwa - a już chrobotał w zamku klucz... Chilusia mi wszystko opowiedziała: że byli w wielkim domu Rysia, brata naszej Pani, że jedli przeróżne pyszności, przygotowane przez Urszulę i Monikę, że znów Chili spotkała się z Pipi, i że jeszcze sto innych wiadomości mi przekaże, ale teraz musi odpocząć! I nawet nie zdążyła mi na ucho powiedzieć połowy z tych psich wieści z dalekiego świata, gdy znów coś zaczęło się dziać!
to ja wymyśliłem, sam!
W tym płaskim pudle, na które państwo wciąż patrzą, ciągle grała jakaś kocia muzyka! A Państwo wcale nie zamierzali się położyć - przecież nie pójdę sam do wyra, pomiędzy Panią a Panem leżenie to dopiero rozkosz! No to siedzieliśmy, słuchali, pogryzali a to sucharka, a to coś ze stołu Państwa... Kiedyś przecie skończy się to porykiwanie szarpidrutów...
Intuicja mnie nie zawiodła - mniej więcej w tym samym czasie, gdy parę dni temu używaliśmy z Bieluszką słów wytwornych, ludzkich - muzyka przycichła. No i dopiero się zaczęło! Rakiety, sztuczne i prawdziwe ognie, petardy i diabli wiedzą co jeszcze - wystrzeliwało ze wszystkich stron, tworząc piękne, chwilowe obrazy! Wprawdzie Państwo narzekali, że ten dwunóg, co im postawił bloczysko tuż pod oknami, pozbawił ich najważniejszych doznań estetycznych, ale i tak było na czym oko oprzeć... Po zakończonej kanonadzie Państwo w końcu poszli do sypialni, a ja wymyśliłem takie życzenia...

22 kwietnia 2015

Pomiary według Bolka

przeszywam Cię wzrokiem!
Oto ja, Bolesław! Od wczorajszego wieczora do dzisiejszego poranka, praktycznie bez zmrużenia oka, zajmowałem się metrem! Gdyby ktoś chciał spytać, to nie było wiekopomne dzieło dwunoga Józefowicza, tylko stalowa taśma, którą Pan trzymał w kuchni wysoko, poza zasięgiem moich łap. Ale to, co było dobre, kiedy tylko przybyłem do tutaj, teraz nie oparło się memu kociemu sprytowi i zwinności... Zerwałem tą taśmę z wieszaka - legła na posadzce jak wąż na baczność, wydając odgłos bliski uszom rodziny dwunoga o nazwisku Trojanowski, rodem ze Zwierzyńca, nomen-omen... No i zaczęła się zabawa, czyli trudy nocnych pomiarów - miarka wysmykiwała mi się z łap, nie poddawała zębom, ślizgała pod szafkami. Spociłem się przy tej robocie jak mysz. A o poranku, kiedy Pan mi robił fotkę, okazało się, że mam oczy jak ostatni syn Kryptonu... Ciekawe, kiedy będę mógł wzrokiem dziurawić torby z jedzeniem?

11 lutego 2015

Karnawał zwierząt

Ja z Chili...
i sam...

Dzień po dniu upływają nam na zabawach - w końcu mamy karnawał! Kiedy się wyszaleję z Chilusią, śpię sobie przy kaloryferze, jak kiedyś moi przodkowie spali na zapiecku. W sumie najlepiej wychodzą nam dwojgu te poranne i popołudniowe gonitwy - oboje jesteśmy czarniawi, ale nie ciemniaki. Z Bieluszką i Felicją zabawy są słabsze: mamy tylko wspólne miski - pod schodami stoi ogólnodostępna woda, a na pięterku mamy wyszynk mleczny. Co wieczór za to skaczę po łożu, gdzie Państwo śpią - na wskroś albo po przekątnej. Taką mam gimnastykę przed zaśnięciem... Pani nie jest zbyt zadowolona, dlatego staram się bardziej Pana udeptywać...
W tej chwili wjechałem do pokoju na grzbiecie Felicji - och, jaka była głośno niezadowolona! Przez chwilę czułem się jak dżokej ujeżdżający rumaka - szkoda, że Pan schował aparat, byłoby szałowe foto! 

02 lutego 2015

Kocie rozterki

Już nie wiem, jak z tymi Państwem żyć! Wciąż nie spełniam ich oczekiwań, jaki miałby być młody  kot! Śpię w dzień - źle, harcuję w nocy - też źle, mocuję się z psami - no, jako tako... Ech, kiepska jest kocia dola! Pani krzyczy "Apsik!" - co to znaczy, nie wiem, pewnie jakieś przekleństwo dwunogich. Pan za to nic nie krzyczy, tylko delikatnie mnie odsuwa, zwłaszcza gdy podstawiam mu do powąchania swój przepiękny ogon. Pan mówi, że kocha dobrą muzykę - może polubi i te kocie reggae? 

Staram się ze wszystkich kocich sił, bo polubiłem już tych Państwa. Gdzie mi teraz byłoby iść w świat - z węzełkiem wypełnionym moimi skarbami? Drugiego takiego domu przecież bym nie znalazł...

04 stycznia 2015

Muszka - matka Bielucha

Dziś cały dzień bawiłem się z Bieluchem. Biegalismy z kuchni do pokoju: raz ja goniłem, a raz byłem ściganym. Chwilami chowałem się na półce z sucharkami albo w kuwecie. Ciągnęła mnie trochę za głowę, potem ja wbijałem pazury w jej sierść i udawałem, że czeszę pukle jej grzywki. Wreszcie zmęczyliśmy się oboje. Ale to rozkoszna chwila - po gimnastyce zdrzemnąć się w ciepłym posłanku... Byłem na tyle śmiały jak mój przedwieczny imiennik, że wlazłem z Bieluchem do jej posłania. I tak dowiedziałem się, jak było z Muszką, jej mamusią... 
Trafiła do domu Państwa, jak my wszyscy (oprócz Bieluszki, tutaj urodzonej) - już jako podrosłe szczenię, przywieziona przez mamę naszej Pani. Mała i zadziorna, szybko wślizgnęła się do nowego stada dwunogich. Uwielbiała jazdę samochodem i jeździła z Państwem wszędzie! Czuła się takim psim autoalarmem, bo ktokolwiek stał obok Państwa auta dłużej niż parę sekund, natychmiast był obszczekiwany zaciekle. Muszka siedziała na tylnej półce i obserwowała cały teren. Została też zaakceptowana przez ogromnego psa o dziecinnym imieniu Koko, o którym trwa w Państwa domu szeptana historia, warta odrębnego opowiadania, a może i kilku... 
Mucha - mamusia Bielucha
Muszka  oprócz normalnych psich zwyczajów, takich jak szczekanie na przechodzących ulicą, wylegiwanie się na słońcu i żebraniu o smakowite kąski z Pańskiego stołu miała jeszcze swą mroczną tajemnicę. Otóż zcichapęk, bez ostrzeżenia, a wręcz chyłkiem gryzła dwunogich (wybierała ich sobie starannie, nie kąsała byle kogo)... Z racji swego niedużego wzrostu - łydki dwunogich były jej celem. Nie było dla Muszki nic świętego. Ugryzła księdza, co przyszedł po kolędzie! Koleżanki Pani też zostały oznakowane: z powodu braku jednego z kłów Muszka zostawiała na ciele bardziej lub mniej krwawe plamki, ułożone w trójkąt. Robotnicy, pracujący na budowie po sąsiedzku, chodzący na codzień w gumofilcach byli w miarę bezpieczni. Ale kierowniczka budowy, kobieta w szpilkach, już nie... Nawet ojciec Pana, mimo że nieobcy, też dostał od Muszki bolesny prezent, a tylko dlatego, że ośmielił się sięgnąć po coś z bagażnika Państwa samochodu! Ukoronowaniem jej wampirzej działalności było ukąszenie klientki sklepu z żelastwem, gdzie poszła z Panem po zakupy...
dzieci Muchy - maluszki
Do Muszki przychodził zalotnik z okolic targu - jasnokremowy, cwany kundelek. Za którymś razem jakoś nakłonił koleżankę do uległości - a po kilku miesiącach Muszka powiła pięcioro kolorowych szczeniąt: dwoje czarnych - podpalanych, dwoje kremowych i jedną suczkę koloru czekolady mlecznej... Ta ostatnia miała od urodzenia złamany ogonek i nazwali ją Rudzik. Podobny do Bielucha był szczeniak o imieniu Beżowiec. Jedna z córeczek Muszki, w ubranku czarnym jak jej mama, trafiła pod opiekuńcze skrzydła koleżanki Pani (nazwali ją Mikusią) i do dziś wiedzie tam królewskie życie, rozpieszczana bez umiaru. Czworo pozostałych pojechało w rodzinne strony Muszki i tam zostało rozdysponowane do różnych stad dwunogich... Jeden synek o dobitnie świadczącym o żarłocznym charakterze imieniu Wałek zamieszkał na wsi razem z rodzicami Pani. Uch! Państwo odetchnęli z ulgą, bo życie z siedmioma psami we wspólnym domu to były przeżycia ekstremalne! Szczeniaki wypruły z Paninego obuwia ozdoby, ogryzły nogi od stołu, a przy tym przejawiały żarłoczność szarańczy i hałaśliwość nadmierną... Wreszcie nastąpił upragniony spokój!!!
rodzina Bielucha
A rok później, z tego samego ojca - na świat przyszła moja starsza koleżanka - Bieluch...

20 grudnia 2014

Fiesta Mexicana czyli zabawy z Chili

Dziś opowiem, jak to jest z Chili. Już mówiłem, że to suczka chihuahua, z długimi (jak kiedyś mieli hippisi) czarnymi włosami. Chili oddałaby swoją psią duszę za słuszny fragment wołu, najlepiej wstępnie rozdrobnionego, chudego i bez żył - jakąś polędwicę albo udo.. Pan wydziela jej dzienną porcję mniejszą niż mój ogon. I to ma wystarczyć??? Ja bym miauczał jak opętany - "Więcej chcę!!!"
portret mojej koleżanki
Przez pierwsze dni patrzyliśmy sobie w oczy nieufnie. Wprawdzie w moim pierwszym domu był pies, i też czarny, ale zupełnie inny! I co z tego, że duży - ale swój! A tu: mała, szczekliwa i nieznajoma... 
Po upływie tak około dwunożnego tygodnia codziennego mijania się bez słowa, dzieląc się Pańskimi pieszczotami z resztą czteronogów, poczułem się na tyle śmielej, że obwąchaliśmy się z Chili dokładniej. No i niepotrzebnie się bałem - ona jest bardzo, ale to bardzo przyjazna, rozrywkowa! Bawimy się! Rano, to przeważnie biegamy: raz ja gonię Chili, a raz ona mnie. Czasem do tego joggingu przyłącza się Bieluch. Potem, kiedy już zjemy swoje śniadanka (Chili dostaje mięsko, a ja mam sucharki z mlekiem), to różne mamy plany na resztę dnia... Pan czasem jest rano skupiony i nie zwraca na nas uwagi (patrzy się w takie plastikowe okienko i nadusza jakieś guziki), a czasem gdzieś wychodzi. Od czasu do czasu Pana odwiedzają inni dwunożni - wtedy Chili na nich krzyczy...
Jednego razu, kiedy już sobie poszedł ten dwunóg Zenek, a Pan zaraz za nim, Chili opowiedziała mi swoją historię, skąd się tutaj wzięła...
Przez długi czas mieszkała ze swoim Państwem Numer 1 w pięknym domu, daleko, daleko stąd. Oprócz Pana i Pani, w tamtym domu było jeszcze troje dzieci.  Bawiły się one z Chili i ona bawiła się z nimi. Ale po pewnym czasie okazało się, że Janek, jeden z trojga, ma alergię na psie futro...
No i zaczęli szukać nowego domu dla Chili. Były różne domy brane pod uwagę, ale zwyciężyły dobre, znajome i czułe ręce tutejszych Państwa.
Pewnego dnia została przywieziona razem ze swoją budką jednorodzinną... (Podoba mi się ta budka, szczególnie duża różowa kokarda przy wejściu - może kiedyś Chili pozwoli mi tam wejść do środka?) Psinka pierwszą noc przepłakała, drżąc jak listek na drzewie podczas huraganu. W dzień siedziała w swojej budce albo chowała się za kanapą i wciąż krzyczała, że chce wracać tam do swoich, że nie chce tu być, z tym Państwem. Myślę, że obawiała się tego samego co ja - co ją tutaj czeka? Bieluszka nic się nie odzywała, ale udzielał jej się nastrój psiego smutku. A teraz? Tylko się z tego śmieje i wyjmuje Panu, temu brodatemu dwunogowi, co smaczniejsze kąski wprost z ust (Pani sobie na to absolutnie nie pozwala!)...
Na dzisiaj dość już gadania - Chili mnie ciągnie za łeb, lecę się bawić!