Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muszka. Pokaż wszystkie posty

08 lutego 2018

Odejście Bieluszki

droga Bieluszki
Moja siostra Bieluszka, a w zasadzie babcia zastępcza - osiemnastolatka, z dnia na dzień jakoś osłabła. Kasłała, pociągała nosem i nie chciała leżeć ze mną na ciepłej podłodze. Ki diabeł? Pytałam ją o co biega, ale tylko postękiwała, że słaba jest... No i cóż tam - nikt jej nie każe nosić worków z węglem! Pan ją woził gdzieś do doktora, dawał pigułki i głaskał - a Bieluszka dalej kasłała. Powiedziała mi nawet, że już jej się nie chce żyć! Głupia jaka - jak to można nie chcieć szczekać zza płotu, sikać w trawie i wyjadać pyszności z miseczki?
Państwu też się udzielił nastrój babci Bieluchy - chociaż nie kaszleli ani nawet nie mieli kataru, cichutko jej podawali smakołyki pomieszane z tabletkami.
I jednego zimowego dnia Pan pojechał z nią na badanie kontrolne - a wrócił sam... Powiedział, że Bieluszka odeszła, tylko nie mówił dokąd... 
Smutno bardzo było nam wszystkim. Państwo nawet popłakiwali skrycie - tyle lat przeżyli razem, od jej urodzenia...  
Pocieszające jest to, że tam, gdzie poszła, na bank już nie kaszle, tylko dokazuje z innymi psami! I pewnie spotkają się z Koko, Muszką i Bunią - we trzy poczekają, na pewno kiedyś do nich dołączę...

01 lipca 2016

Dzień Psa

Bunia po kąpieli
Emma
Witajcie! 
To znowu ja donoszę, kot Bolesław, tajny korespondent z Lublina! Dzisiaj niewiele będzie mówione o mnie, bo dzisiaj wielkie święto - dziś przypada Dzień Psa! Raniutko już złożyłem życzenia Bieluszce i Chili. Wprawdzie nie widziałem przygotowań, ale obie zapowiedziały wieczorem balangę - oj, będzie się działo! A przed południem leżeliśmy we troje na tarasie i psy wspominały dawniejsze czasy u Państwa. Najwięcej do powiedzenia miała właśnie Bieluszka, która pamiętała jeszcze superpsicę Koko... Wspominała także swą mamusię Muszkę, która gryzła
Koko za młodu
wszystkich dookoła, łącznie z księdzem, co przyszedł do Państwa z duszpasterską wizytą (robiła to obojętnie i w milczeniu) oraz swe starsze rodzeństwo, które pastwiło się nad obuwiem Pani, zanim nie poszło do nowych domów... Obie
Mucha w trawie
psinki także mówiły o yorczyczce spod Warszawy o imieniu Bunia, która zamieszkała z Państwem na starość, cichutkiej i łagodnej. Chili wspominała swoje dzieciństwo w wielkim domu pod Warszawą (po sąsiedzku z pierwszym Państwem Buni), w otoczeniu młodych jak ona dwunogów: Klaudii, Janka i Gabrysi. Razem z Chilusią mieszkała tam druga chihuahua - Emma, całkiem inna! Oczywiście były też słowa o moich poprzednikach - kotach i kociczkach. Bo Felicja, w skrócie Felka, była drugą dziewczyną (pierwszą była ruda brudaska o imieniu Boruch) w stadzie naszego Państwa! Zapach Felicji to jeszcze pamiętam.
higiena Felki
Te pozostałe czterołapy żyją tylko we wspomnieniach - przywoływane także przez Państwa, jako niedościgły wzór (cnoty lub chuligaństwa). Ale kiedy one były młode, też pewnie były przyrównywane do starszych... Ja to już osiągnąłem ten stan, że jestem za młodu traktowany jak stary - taki jestem dobrze wychowany, wzorowy wręcz kot. A ponieważ jestem także skromny, tylko Wam mówię o tym...

01 lutego 2016

Paleolityczna fotografia

Rodzina mojego Pana
Pan dziś przewracał z czułością jakieś papierki, które po jednej stronie miały obrazki. Dwunogi podobno nazywają toto zdjęciami. Co za głupie stwierdzenie - przecież na tych papierkach nie widać, co zostało zdjęte! Pomagałem mu przekładać te "zdjęcia" tak zapalczywie, aż dostałem klapsa! I jeszcze coś tam na mnie narzekał - ech, słowa jego są jak brzęczenie much w uszach moich... Ale trzeba przyznać, że czasem z Pana wychodzi brutal - tak się odwdzięczać za pomoc... 
W końcu znalazł chyba, co tam chciał - na obrazku dwoje niedorosłych dwunogów, a mniejsze trzyma w ręku psa!
Spojrzałem chyba na Pana pytająco, bo opowiedział mi, co to za dwunożni - otóż to jest rodzeństwo: Mama naszego Pana ze swoim bratem. To Mama trzyma w ręku pieska, jak żywo przypominającego Muszkę, mamusię Bieluszki! To zdjęcie zrobiono w Lublinie, przy pomniku Unii Lubelskiej - dla mnie równie dobrze mogłoby pochodzić z okolic Lascaux... Ciekawe, ile pokoleń ich dzieliło? Nawet na wszystkich łapach moich, Chilusi i Bieluszki nie starczyłoby pazurów do odliczania - to coś równie odległego, jak wiek mojego przodka po mieczu, ulubionego kota faraona Echnatona!
Z obrazka jasno wynika, że wszyscy dwunożni w tej rodzinie byli od zarania dziejów przyjaźnie nastawieni do czterołapów. Cieszę się, że trafiłem do naszego Państwa! Idę, opowiem wszystko Bieluszce - może się ucieszy z odnalezienia praprzodka?

01 maja 2015

Co się czai za płotem

trawię kolację...
Już chodzę, gdzie tylko chcę - Państwo obdarzyli mnie zaufaniem! W końcu przetrzymałem ten marzec i dodatkowo kwiecień, a w pierwszym dniu maja poszedłem na obchód otaczającego mnie świata... Po powrocie z przebieżki rozmawiałem z psami przy misce, i one zaczęły wspominać historie sprzed lat, opowiadane wśród tutejszych czterołapów. Wspomnienie dotyczyło jednego z moich poprzedników, łaciatego kota o imienu Filon vel Felek... 
Tenże Filon, jak wszystkie koty u Państwa w domu, chodził swoimi drogami, po okolicy. A wokół było inaczej niż teraz - budowały się  nowe domy, na miejscu starych, zrujnowanych chałup. I właśnie jednego dnia, a właściwie wieczora, Filon przyszedł na wieczorny posiłek z łapą rozciętą niemalże do kości! Gdzieś zapewne przemykał się po budowlanych zakamarkach i natrafił na rozbite szkło... Państwo zaraz mu tą ranę opatrzyli, na swój dwunogi sposób - użyta została utleniona woda do dezynfekcji, a potem zabandażowali mu łapę, i odjechali (był to czas świąteczny, więc Państwo pojechali na Boże Narodzenie do rodziców Pani). Gdy powrócili, Filonowa łapka wcale nie była lepsza - widocznie medycyna dwunogów nie działa dobrze na kocie ciało. Więc powieżli Państwo Filona do kliniki dla małych zwierząt. Tam, w poczekalni - istny armageddon: chore psy, niezdrowe króliki i ranny kot Filon... Za drzwiami gabinetu jakiś inny kotek tak się nie poddawał badaniu, aż jego krzyki świdrowały uszy wszystkich czekających... Strach ten udzielił się również Filonowi, trząsł się jak w febrze, ledwo co go Pani utrzymać mogła... Następnie wyszła dwunoga doktorka, w rękawicach po łokcie, i wzięła się za Filona. A Filon spokojny, rozluźniony, cierpliwie znosił badanie, nie krzyczał, bo wiedział, że tu mu pomogą - zaprzeczenie poprzedniego pacjenta... Aż go dwunoga pani doktor pochwaliła za dzielność!
Filon
Skaleczenie Filona na tyle było poważne, że musiał zostać na noc w zwierzęcym szpitalu, połączonym z hotelem - rana musiała być oczyszczana pod narkozą, a potem zeszyta. Państwo wrócili do domu. gdzie powitały ich psy: Koko i Muszka - smutne od rozłąki z Filonem. Koko nawet nie chciała nic jeść, tak przeżywała stress... 
Na drugi dzień Filon powrócił, cały dumny, wychwalany przez pracowników hotelu, że wcale się nie bał psów - a czemu by miał? Wszak z psami żył na codzień... 
Będę uważał, rozglądał się dookoła - nie chciałbym za żadne skarby trafić na stół operacyjny! Mimo że medycyna poszła do przodu, to lepiej trzymać się z dala od skalpela, choćby i w dobrej sprawie użytego...

23 lutego 2015

Nadchodzi czas spacerów przy księżycu...

Bardzo jestem ciekaw, jak będzie na tym podwórku? Podsłuchałem, jak Pan myślał o jakiejś uprzęży dla Chili, a może i dla mnie - żebym nie dał nogi. Komu miałbym oddać nogę, tego już Pan nie precyzował. Pytałem się przy chrupkach, co sądzą koleżanki - ach, ileż nowej wiedzy zyskałem...
turystyka rowerowa
Pierwsza zaczęła Bieluszka wspominać, jak było, kiedy Pan zabrał ją do swojego kolegi - nie chciała iść, była potargana, a Pan nic tylko do kumpla i jego dzieci dwojga ją wlókł - wprawdzie tuż, tuż kilka domów dalej, ale i tak o jeden dom za daleko... Tam dzieci próbowały ją obłaskawić szynką i kiełbasą, ale Bieluszka była nieugięta - piszczała, piszczała aż wymogła na Panu powrót do domu...
Z kolei jej matka, Muszka - uwielbiała spacery, wyjazdy, wyskoki do sklepów i do różnych znajomych - wiedziała wcześniej niż Państwo, że zaraz zabrzęczą kluczyki do auta... Razem z Koko stanowiły duet turystek - automobilistek. Pan raz opowiadał, że będąc na podmiejskiej przejażdżce rowerowej, wraz ze swoim Tatą Zbigniewem - spotkali dwa jamniki, podróżujące ze swoim panem na rowerze! Ale to chyba bujda - jak zmieścić na jednym rowerze kierującego i dwa nienajmniejsze pieski?

04 lutego 2015

Tina - kilkudniowa lokatorka

Państwo to ma od zarania takie szczęście z tymi czteronożnymi: Koko została odebrana od bezdusznych dwunogich i nie musiała spędzić reszty życia, uwiązana na łańcuchu, o oczkach większych niż jej młoda łapka. Mucha została przywieziona na trochę i została na zawsze, Felicja - znaleziona na odległym osiedlu przez koleżankę Pani z pracy - niemalże siłą dołączona do stadła. I dalej - Chili, przyczyna dziecięcej alergii - w nowym domu kochana na zabój, a na końcu ja - wyszukany przez Państwa jako instruktor gimnastyki dla wspomnianej już Chili.
O tym wszystkim rozmawialiśmy we troje (z Bieluszką, pod stołem w kuchni).
Pani ją ochrzciła imieniem Tina
 Wtedy też psy opowiedziały, jak to było z Tiną. Co za historia - psi horror! Aż się popłakałem, chociaż to nie krewna...
Było tak: kolega Pani z pracy, jednego lipcowego dnia opowiadał, że jeden z sąsiadów znalazł na peryferyjnej ulicy bezdomnego pieska, całkiem jak Chili, tylko rudego. Ale nie mają co z nim zrobić, i chyba oddadzą do schroniska. Państwo, po krótkiej naradzie orzekli, że zamiast do schroniska, niechby Oni wzięli to biedne zwierzątko! Pan pojechał pod wskazany adres i przywiózł do domu rozdygotane z nerwów, zestressowane maleństwo, chihuahuę jeszcze mniejszą niż Chili! W dodatku oblane jakimś ohydnym płynem, piekącym w ręce przy głaskaniu! Pan je delikatnie umył. Potem zabrał piesiątko do lekarza (ja też do niego się wybieram!), gdzie zostało zbadane na okoliczność ewentualnych złamań. Doktór stwierdził, że piesek jest zdrowy na ciele, a co do umysłu - to ma w pamięci straszliwe przeżycia. Zalecił spokój i dużo czułości - tego u Państwa jest pod dostatkiem. Potem Państwo ją ochrzcili - nadali imię Tina. Ależ to było grzeczne piesiątko! Nie umiało chodzić po trawie, ale brodziło w roślinach krokiem bocianim (wysoko podnosząc nóżki), idąc na siku. 
Państwo oraz wszyscy inni znajomi dwunożni zachodzili w głowę, jaki  zwyrodnialec porzucił na poboczu peryferyjnej ulicy, w blasku piekącego lipcowego słońca tą żywą maskotkę? A jakaś druga zwariowana baba wzięła ją na trochę do swojego domu, gdzie mieszkał stary, ośliniony buldog. Ale Tina nie nadawała się na zabawkę dla tego potwora. Nawet szczekać porządnie nie umiała... Więc babsko spowrotem wygoniło pieseczka na ulicę!
Tina po kilku dniach oswoiła się z Państwem i z domową zwierzyną. Ale wciąż potrzebowała bliskości dwunogich - nawet nocą zakradała się do ich legowiska, wspinając się po stromych schodach... Najlepiej czuła się leżąc na Panu, tak jak na fotografii.
Po tygodniu, może 10 dniach objawił się beztroski właściciel Tiny. Zgłosił się do zaprzyjaźnionego z Państwem doktora od psów, kotów i innych czteronożnych z listem gończym za swoją suczką. Podczas konfrontacji Tina rozpoznała swojego pierwszego pana, i odeszła za nim... Podobno nasz Pan do dziś żałuje, że oddał te biedne zwierzę w ręce niby uprawnione, ale całkowicie nieodpowiedzialne... Bo psy tak mają: niezależnie, jakim człowiekiem jest ich Pan - pozostają mu wierne.

04 stycznia 2015

Muszka - matka Bielucha

Dziś cały dzień bawiłem się z Bieluchem. Biegalismy z kuchni do pokoju: raz ja goniłem, a raz byłem ściganym. Chwilami chowałem się na półce z sucharkami albo w kuwecie. Ciągnęła mnie trochę za głowę, potem ja wbijałem pazury w jej sierść i udawałem, że czeszę pukle jej grzywki. Wreszcie zmęczyliśmy się oboje. Ale to rozkoszna chwila - po gimnastyce zdrzemnąć się w ciepłym posłanku... Byłem na tyle śmiały jak mój przedwieczny imiennik, że wlazłem z Bieluchem do jej posłania. I tak dowiedziałem się, jak było z Muszką, jej mamusią... 
Trafiła do domu Państwa, jak my wszyscy (oprócz Bieluszki, tutaj urodzonej) - już jako podrosłe szczenię, przywieziona przez mamę naszej Pani. Mała i zadziorna, szybko wślizgnęła się do nowego stada dwunogich. Uwielbiała jazdę samochodem i jeździła z Państwem wszędzie! Czuła się takim psim autoalarmem, bo ktokolwiek stał obok Państwa auta dłużej niż parę sekund, natychmiast był obszczekiwany zaciekle. Muszka siedziała na tylnej półce i obserwowała cały teren. Została też zaakceptowana przez ogromnego psa o dziecinnym imieniu Koko, o którym trwa w Państwa domu szeptana historia, warta odrębnego opowiadania, a może i kilku... 
Mucha - mamusia Bielucha
Muszka  oprócz normalnych psich zwyczajów, takich jak szczekanie na przechodzących ulicą, wylegiwanie się na słońcu i żebraniu o smakowite kąski z Pańskiego stołu miała jeszcze swą mroczną tajemnicę. Otóż zcichapęk, bez ostrzeżenia, a wręcz chyłkiem gryzła dwunogich (wybierała ich sobie starannie, nie kąsała byle kogo)... Z racji swego niedużego wzrostu - łydki dwunogich były jej celem. Nie było dla Muszki nic świętego. Ugryzła księdza, co przyszedł po kolędzie! Koleżanki Pani też zostały oznakowane: z powodu braku jednego z kłów Muszka zostawiała na ciele bardziej lub mniej krwawe plamki, ułożone w trójkąt. Robotnicy, pracujący na budowie po sąsiedzku, chodzący na codzień w gumofilcach byli w miarę bezpieczni. Ale kierowniczka budowy, kobieta w szpilkach, już nie... Nawet ojciec Pana, mimo że nieobcy, też dostał od Muszki bolesny prezent, a tylko dlatego, że ośmielił się sięgnąć po coś z bagażnika Państwa samochodu! Ukoronowaniem jej wampirzej działalności było ukąszenie klientki sklepu z żelastwem, gdzie poszła z Panem po zakupy...
dzieci Muchy - maluszki
Do Muszki przychodził zalotnik z okolic targu - jasnokremowy, cwany kundelek. Za którymś razem jakoś nakłonił koleżankę do uległości - a po kilku miesiącach Muszka powiła pięcioro kolorowych szczeniąt: dwoje czarnych - podpalanych, dwoje kremowych i jedną suczkę koloru czekolady mlecznej... Ta ostatnia miała od urodzenia złamany ogonek i nazwali ją Rudzik. Podobny do Bielucha był szczeniak o imieniu Beżowiec. Jedna z córeczek Muszki, w ubranku czarnym jak jej mama, trafiła pod opiekuńcze skrzydła koleżanki Pani (nazwali ją Mikusią) i do dziś wiedzie tam królewskie życie, rozpieszczana bez umiaru. Czworo pozostałych pojechało w rodzinne strony Muszki i tam zostało rozdysponowane do różnych stad dwunogich... Jeden synek o dobitnie świadczącym o żarłocznym charakterze imieniu Wałek zamieszkał na wsi razem z rodzicami Pani. Uch! Państwo odetchnęli z ulgą, bo życie z siedmioma psami we wspólnym domu to były przeżycia ekstremalne! Szczeniaki wypruły z Paninego obuwia ozdoby, ogryzły nogi od stołu, a przy tym przejawiały żarłoczność szarańczy i hałaśliwość nadmierną... Wreszcie nastąpił upragniony spokój!!!
rodzina Bielucha
A rok później, z tego samego ojca - na świat przyszła moja starsza koleżanka - Bieluch...

21 grudnia 2014

Bieluch - najstarsza towarzyszka mojego Państwa...

Wciąż u tych Państwa coś nowego! Dziś pierwszy raz w życiu jadłem takie pyszne rzeczy! Nie sucharki, tylko miękie, pachnące - Felicja mówiła, że to się nazywa: mięso i że pochodzi z kaczki... Były jeszcze kawałki takiego czegoś twardego, twardszego niż sucharek, ale tak samo pachnącego, jak mięso. Chili nazywa toto kość czy jakoś tak... Te kości to Pani dała właśnie Bieluchowi i Chili. A potem z ich mieszkań słychać było chrupanie i smakowite mlaskanie. Chili swoją kość nosi ze sobą wszędzie, pewnie boi się, żeby jej nikt nie zwędził. A Bieluch chrupie, chrupie, a potem chowa sobie na potem. Bieluch jest zapobiegliwa, zawsze coś tam w domu swoim ukrywa (sam kot nie poczuje, jak mu się zrymuje)...
Bieluch wygrzewa się w słońcu...
Dziś Pani piekła ciasto. Cała kuchnia była wypełniona zapachem! A wieczorem - ech, kurza twarz, cały kocioł mięsa gotowała... Bo podobno idą jakieś święta... Ciekawe, jak one idą i którędy? Czy przyjdą tak samo szybko, jak oboje Państwo w południe pobiegli na piętro i coś tam sprzątali? Ja im nie przeszkadzałem, ani nie pomagałem, bo ja nie umiem sprzątać. W ogóle, ze wszystkich prac domowych to najlepiej umiem spać...


Kilka słów muszę opowiedzieć o Bieluchu. Bieluch jest najstarszą, z żyjących czteronożnych w tym domu. Kiedy przyjechałem do domu z tymi Państwem, to Bieluch trzęsła się jak galareta. Taka była przejęta, że dołączył do grupy nowy lokator. A teraz - jesteśmy już kumplami! Według jej opowiadania powtarzam, bo nie wszystko rozumiem. Niektóre słowa brzmią obco. I nie chodzi wcale o to, że to w języku psim... A więc z Bieluchem było tak: urodziła się niespodziewanie, jako jedynaczka, w pewien letni wieczór, wieki całe temu, pod tym samym stołem, pod którym teraz ja baraszkuję z Chili. Jej matką była Mucha, która rok później wymknęła się jakąś szparą w płocie i zaginęła gdzieś, przed Wigilią - rany, musimy się pilnować! Ach, to może dlatego Bieluch nie lubi oddalać się od domu? Żeby nie podzielić losu mamy? Ja to chyba nigdy bym nie wyszedł sam! Chyba, że mnie Państwo zabierze ze sobą na działkę - Chili mówiła, że tam jest suuuper!