Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

13 maja 2018

Wstrętni sublokatorzy

skrytobójcy, fuj!
Słyszałam o tym od Bolka, a i Bieluszka coś tam wspominała, że bywają w naszym uporządkowanym świecie różni, nieproszeni goście. Otóż i z Kiką przybyło dwóch, a może nawet trzech imigrantów z łąk i pól Podlasia! Tacy to wędrowcy...
Najgorsze, że były to kleszcze, obrzydliwe i krwiożercze robale, wgryzające się w ciało i pozostawiające po sobie ślady w postaci śmiertelnej choroby. Jak dobry Pan Bóg mógł stworzyć coś równie złego? 
Kikusia dosłownie z dnia na dzień osłabła - nie w głowie jej było podgryzanie Pana! Trawiła ją gorączka... Na szczęście nasze Państwo jest bardzo wyczulone - natychmiast, pomimo świętego dnia trzeba było pieseczka ratować! Od tej cioteczki, co poobcinała mi pazurki, dostała Kika zastrzyk nowej energii z lekiem. To był ostatni dzwonek!
Teraz, kiedy leżymy sobie z Kiką na kanapie (jak Państwo nie podgląda!), ona opowiada mi, jak się strasznie bała, że nie dożyje swoich pierwszych urodzin! I dlaczego tak kocha tego swojego Pana, wybawcę... A ja jej mówię, że nasi Państwo są dlatego tacy niezwykli, bo mają nas!

08 lutego 2018

Odejście Bieluszki

droga Bieluszki
Moja siostra Bieluszka, a w zasadzie babcia zastępcza - osiemnastolatka, z dnia na dzień jakoś osłabła. Kasłała, pociągała nosem i nie chciała leżeć ze mną na ciepłej podłodze. Ki diabeł? Pytałam ją o co biega, ale tylko postękiwała, że słaba jest... No i cóż tam - nikt jej nie każe nosić worków z węglem! Pan ją woził gdzieś do doktora, dawał pigułki i głaskał - a Bieluszka dalej kasłała. Powiedziała mi nawet, że już jej się nie chce żyć! Głupia jaka - jak to można nie chcieć szczekać zza płotu, sikać w trawie i wyjadać pyszności z miseczki?
Państwu też się udzielił nastrój babci Bieluchy - chociaż nie kaszleli ani nawet nie mieli kataru, cichutko jej podawali smakołyki pomieszane z tabletkami.
I jednego zimowego dnia Pan pojechał z nią na badanie kontrolne - a wrócił sam... Powiedział, że Bieluszka odeszła, tylko nie mówił dokąd... 
Smutno bardzo było nam wszystkim. Państwo nawet popłakiwali skrycie - tyle lat przeżyli razem, od jej urodzenia...  
Pocieszające jest to, że tam, gdzie poszła, na bank już nie kaszle, tylko dokazuje z innymi psami! I pewnie spotkają się z Koko, Muszką i Bunią - we trzy poczekają, na pewno kiedyś do nich dołączę...

14 czerwca 2016

Słowo o Bezimiennym

taki jestem w pracy...
Czasem kiedy tak sobie leżę, mam przymrużone, niby zaspane oczęta, ale ucha nadstawiam pilnie, jak mój imiennik z Wybrzeża - po prostu, pracuję! Tyle, że nie noszę tych wieści dalej, do jakiejś zbiorowości ani wręcz biura. 
Zwyczajnie - dobrze jest, gdy wie się! 
Raz podsłuchałem w ten sposób rozmowę Państwa z Anią i Krzysiem, podczas gry w scrabble - wynikało z niej, że ich bezimienny kot odszedł. Cholerka - gdzie mógł sobie pójść, skoro na Krzysiowym balkonie miał wszystko, czego kocia dusza zapragnie? Czy uciekł od tego dobrobytu i stał się kocim pustelnikiem? A może go porwali jacyś Azjaci i zjedli? Tyle przeróżnych myśli przelatywało przez mą małą kocią główkę! Choćbym myślał jeszcze sto dni, nic nie wymyślę... Zapytam kolegów, kiedyś nocą: "Quo vadis, nostrum feles?" O, i przy okazji błysnę intelektem i znajomością języka!

09 marca 2015

Felicja w Zakopanem


Bunia globtrotterka...
Ostatnie dni były trudne - a teraz Felicja nas opuściła. Z racji położenia, najprościej wskazać, że skierowała się do Zakopanego. Wszyscy w domu, zarówno dwu- jak i czteronogi nie tryskają wesołością. Podczas rozmów sciszonym mrukiem lub powarkiwaniem, psom przypomniała się jeszcze jedna ich koleżanka...
Bunia, pieseczek rasy York, przyjechała do Państwa, ponieważ jej poprzedni właściciele, brat i szwagierka naszej Pani rzucili się w odmęty zagranicznego businessu i nie dawali rady zajmować się psiuńciem. Bunia była tak grzecznym i cichutkim pieskiem, o jakim inni właściciele psów mogli by tylko pomarzyć. Mieszkała w kraciastej budce pod schodami i uwielbiała nosić różne przedmioty. W młodości do znudzenia przynosiła patyki i drobne kamyki, żeby jej rzucać i rzucać, bez końca. Dni u Państwa mijały szybko - i w końcu Bunia stała się ba-Bunią. Któregoś letniego dnia też się oddaliła, bo była już bardzo wiekowa, jak na psa, i także chorowała, miała w sobie raka...
Bez Felicji w domu nam smutno! Choć nie pozwalała mi na zbytnie czułości, lubiłem się do niej przytulić. I wtedy opowiadała mi, jak przynosiła myszy, a nawet czasem krety, układała na wycieraczce i wołała psy - do podziwiania! Zimą Państwo zakładali jej na szyję dzwonek, żeby ptaszki mogły się żywić w Państwa ogrodzie bezpiecznie, a nie w stressie upolowania przez Felicję. O tych myszach pomyślę! 

27 lutego 2015

Zwierz prehistoryczny czyli Koko nr 1

Koko i mój Pan
Podobno dawno, dawno temu, setki pokoleń kotów wstecz, gdy Pan sam był dwunogim szczeniakiem, miał pieska o imieniu Koko. Nie był to żaden psi hrabia i nie miał życiorysu upstrzonego medalami. Ot, po prostu, zwyczajny kundelek. Ale nasz Pan wspomina go często, bo to był jego pierwszy czworonóg... Razem się bawili, chodzili na spacery, uczyli się różnych pojęć i zachowań, razem spali nawet czasami. Pan był dla Koko całym światem, a Koko był  ulubieńcem Pana i całej Pańskiej rodziny...
Nie nacieszyli się sobą zbyt długo, nie zdążyli się sobie znudzić: pewnego dnia jakiś nieuważny kierowca potrącił Koko, przebiegającego ulicę w miejscu niewyznaczonym na przejście dla psów i ludzi. Weterynarz nie dał pieskowi szansy wyzdrowienia - obrażenia wewnętrzne były na tyle poważne, że Koko odszedł do psiego raju...  Babcia naszego Pana była tym faktem przybita, przeżywała bardzo... A za jakiś czas dziadek Pana doznał kontuzji - a babcia tą wiadomość zbagatelizowała zupełnie - wpadła do domu z okrzykiem: "Ale draka! Jasiek złamał rękę!"
Słyszałem że koty też nader często giną pod kołami samochodów - może trzeba zlikwidować te auta?