Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gołąb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gołąb. Pokaż wszystkie posty

19 maja 2016

Gołąb niepokoju

potrawka...
Nie ma sprawiedliwości dla kotów, już dawno mówiłem! Jeszcze jak Pan leżał w szpitalu, a Pani, opiekuńcza i zmartwiona Pana niemocą, podsłuchałem jej rozmowę z którąś z koleżanek, bodajże z Bożenką - Pani omawiała kwestię sporządzenia zupy z ptaka zwanego kurą. Podobno nie ma jak rosół, dla każdego pacjenta, obojętnie na co by nie chorował... 
Więc jak tylko Pan wrócił do domu, postanowiłem się przysłużyć. Nie wiem, jak wygląda kura - żadna chyba nie przefruwała nad naszym podwórkiem... Ale zapamiętałem, że Państwo jadają gołąbki! Ech, cudownie, tych tu pod dostatkiem! Od razu rano złapałem jednego, bez nijakiego trudu. Właśnie niosłem go do swojego legowiska, żeby w czasie obiadowym podać Pani, gdy Pan mnie nakrył... I choć sam nieruchawy, zagipsowany - posłał w me tropy akurat przebywającą siostrę swą...
Zabrali mi moją zdobycz! I jeszcze nasłuchałem się, aż mi uszy spuchły ze wstydu - a tak bardzo chciałem dobrze... Nie ma sprawiedliwości dla kotów!

11 czerwca 2015

Kominiarz mimo woli

idę skrajem...
To znowu ja, Wasz Bolesław, zdobywca podniebnych przestworzy! Ech, choć działo się to wczoraj, jeszcze teraz trzęsą mi się łapy na wspomnienie... A było to tak: wyszedłem rano z psami, żeby wysikać się po nocy, jak każdy facet, najchętniej pod drzewem. I tam jakiś bezczelny gołąb podglądał mnie z gałęzi! No, musiałem zareagować - skoczyłem na niego z pazurami, a ten ptasi zboczeniec tylko odskoczył na dwie gałęzie wyżej. To ja za nim, i znowu, aż wyskoczyliśmy na dach sąsiedniego domu... Tam, za kominem, dałem mu popalić - aż zgubił część opierzenia! Ale ptak to zawsze sobie poradzi, nawet półżywy - odfrunął, a ja nie mam skrzydeł... Jak tu cholera, zejść z tego śliskiego, blaszanego szczytu? Słyszałem, jak Pan na mnie kićkał, ale bałem się mu odpowiedzieć... Ale przecież nie zostanę tu na wieki - odmiauknąłem raz i drugi, i o dziwo, nie zleciałem! I Pan mnie zobaczył! No, połowa sukcesu, albo mniej - wzrokiem związani - to jeszcze nie prosta droga w Pańskie ramiona! A skoczyć w otchłań chwastów i gałęzi - nazbyt ryzykowne, dla takiego domatora, jak ja... Patrzyłem z góry, jak Pan się krząta: musiał przeleźć ponad płotem (ja przełażę pod spodem, ale Panu brzuszek by nie pozwolił...), rozłożyć drabinę (dobrze, że akurat miał!), żeby krok po kroku wyjść na przedostatni stopień - na wprost moich zdrętwiałych łap... Trwało to trochę, ale kiedy już Pan złapał mnie za skórę na grzbiecie, wiedziałem, że będę bezpieczny... 
Od wczoraj chodzę tylko po ziemi - ale kto wie, czy jakiś ptaszek pojutrze mnie nie skusi?