Podobno wczoraj było nasze święto - Dzień Kota! Zasadniczo to ja mam takie święto codziennie - państwo mnie rozpieszczają, a psiostry wielbią nieustannie. Tych państwa to ja po prostu kocham, małą Chilusię respektuję, a dużą psiostrę Sabę lubię! Czyż to nie jest powód do świętowania miłości stadnej?
Za to dziś nastąpił długo wyczekiwany moment - wymknęłam się, korzystając z nieuwagi Pana (strażnika drzwi), zapoznać się ze śniegiem - na naszym przydomowym areale... I to było dla mnie prawdziwe święto, chociaż tylko przez chwilę... Przez okno wyglądał znacznie ciekawiej ten biały puch - a w rzeczywistości w moje delikatne łapy było tak okrutnie zimno i mokro, że z radością powróciłam na swoją podusię w centralnej części kuchni! Ech, poczekam ja lepiej do marca - wtedy ostatni śnieg ustąpi na rzecz zieleni. To będzie prawdziwe Święto Wiosny!
Zwyczajny dzień powszedni w naszej gromadzie wygląda tak: bladym świtem pobudka! Trąbka gra w telefonie i nasza kochana Pani wstaje, schodzi do kuchni i wypuszcza psy na podwórko. Ja też wychodzę - nie mogę się doczekać, kiedy mroźna wilgoć wniknie w rozgrzane snem łapy! To jest lepsze, niż prysznic spod kół auta! A psy - nieochoczo zimą wybiegają, oj, nie! Kluczą i kombinują, pewnie wolą umrzeć z powodu pęknięcia pęcherza moczowego, niż od chodzenia po śniegu - takie te nasze piecuchy psie...
Potem Pan wstaje, szoruje kły i pysk, nakłada na siebie przeróżne tkaniny, a potem wraz z Panią wychodzą. Pan przeważnie zaraz wraca. Z tej białej szafy, wionącej chłodem wyjmuje dla Chili codzienny posiłek - kulę ze zmielonego wołu. W oczekiwaniu na rozpuszczenie się kulki czas mija niepostrzeżenie. Pan wciąż słucha jakiegoś pitolenia, jak z wytartej empetrójki (uwielbia to po prostu!) - posłuchajcie zresztą sami:
Ja zazwyczaj pokręcę się troszkę to tu, to tam i idę poleżeć. Czasem umyję sobie nogi najpierw, a czasem potem - żeby nie było monotonii!
Czasami do Pana przychodzą różni znajomi. O, wtedy jest fajnie! Tylko jeden, imieniem Zenek (kolega Pana, miły gość) wywołuje w Chili jakąś bezrozumną złość - szczeka i szczeka i szczeka, na trwogę i bez dania racji - oj nie polubi Chili Zenka, długo... Bywa także w czasie przedpołudniowym, że odwiedzi nas Dominika - wtedy jest naprawdę suuuper! Pogłaszcze, pomizia nas sprawiedliwie, czasem coś z Panem piją. Och, dawno już jej nie było! Może dlatego, że Dominika przemieszcza się za pomocą roweru, a w śniegu koła grzęzną i ślizgają się? Pewnie dopiero z wiosną nas odwiedzi...
Jeszcze innym czasem Pan gdzieś wychodzi - dwunogi też muszą nieraz wyjść, choćby zawierucha! Wtedy jest w domu cichutko, tylko woda w kaloryferach szumi... Ten szum działa na mnie usypiająco - och, jak ja kocham spokój!
Po kilku moich wyjściach w teren Państwo zrobili się nadopiekuńczy - wieczorem, gdy dopiero rozpoczyna się zabawa, na wyścigi Pani z Panem przywołują mnie tak zawzięcie, aż muszę pożegnać nowo poznanych kumpli i wracać... Bo podobno boją się, żebym nie zginął. Słyszałem, że niektórzy dwunożni wcale nie wypuszczają swoich podopiecznych, czterołapów jak ja, nawet na podwórze - współczuję im życia w niewoli. Abolicja to wspaniała sprawa! Ja chyba tych swoich Państwa kocham - że pozwalają mi chodzić swoimi ścieżkami, nie ograniczają wolności! I muszę przyznać, że odkąd Państwo otworzyli mi drzwi do świata - nie szaleję już tak w domu (wystarczająco wybiegam się za płotem)...
A dzisiaj przed wyjściem w świat dostałem krawat (trzeba przyznać, że Pan trafił w mój gust) - delikatnie połyskliwy, złototytanowy, jakby obsypany diamentowym pyłem. Od razu widać, że nie jestem bezpańskim dachowcem, tylko udomowionym pupilem, na wybiegu! Tylko trochę niepotrzebnie przymocowany jest dzwonek - ech, ptaszki, a taką miałem ochotę na was zapolować... Ale cóż - tak zrobione jest to ubranko, więc chodzę i dzwonię, a Pani mówi, że poruszam się jak grzechotnik. Podobno po naszym Starym Mieście chodzi taki dwunóg i równie głośno obwieszcza swoje przybycie takim stukadłem...
Okno na podwórze stanęło otworem! Pomimo że absolutnie nie ma tu klimatu grozy, jak u słynnego dwunogiego Alfreda H., to drżały mi wąsy z emocji - Państwo dyskretnie obserwowali moje poczynania, a ja w końcu poczułem, czym pachnie wolność... Psy poprowadziły mnie w najdalszy zakątek ogrodu, a dalej poszedłem sam - gracko przeskoczyłem płot, jak mój dwunogi imiennik (elektryk z zawodu). Ale nie chodziłem daleko, na to jeszcze przyjdzie czas - najważniejsze że przekroczyłem granicę działki. Psom i tak zagrałem na nosie - że sobie chodzę swobodnie tam, gdzie one nie mają wstępu. Przeniknąłem do zamkniętej drewutni, zaglądałem do garażu, byłem nawet w piwnicy, gdzie stoi szafka, w którą Pan rzuca szuflą czarne kamienie - w końcu wiem, skąd się bierze przyjemne ciepło, do leżenia przy kaloryferze... Dopiero deszcz zapędził mnie z powrotem do chaty... Ale już sobie planuję trasy spacerów na następne dni!
Ech, kocie życie upływa szybko! Ani się kot nie obejrzy, a już po marcu maj puka nieśmiało do drzwi tarasu... I już z matematyki, nieważne czy kociej czy dwunogich wynika, że żyję już pół roku! Już jestem starym kotem (tak mi się wydaje...) Ale w duszy nadal odczuwam młodzieńcze wzloty - od kilku dni trenuję skok wzwyż, z rozbiegu i z miejsca - żeby złapać w locie te fruwające żyjątka... Państwo wydzielają mi jak na lekarstwo wyjścia na taras, choć pozwalają zwiedzać wszystkie zakamarki podwórza. Byłem już w drewutni, w której w ogóle nie ma drewna, tylko jakieś Pańskie szpargały, zaglądałem do garażu, gdzie mieszkają dwukołowe pojazdy (dla dwunogów chyba w sam raz). Nie byłem jeszcze w lochu, gdzie płonie żar, ogrzewający dom Państwa, ale za to obwąchałem dokładnie worki z węglem. Wszystko po kolei zobaczę!
A przedwczoraj znów wpadłem w ramiona Andrzeja i Joli - którzy przynieśli Panu jakieś urządzenie, podobno do przewracania drzew. Na szczęście Pan je potem zabrał mi z widoku... Ale wygłaskali mnie za to - mogą co drugi dzień znosić różne żelastwo, jeśli miałbym tak być głaskany...
Gwoli wyjaśnienia zainteresowanym i współczującym: nic mi się nie stało, bo ja fruwam ponad przepaściami! Upadek wręcz mnie wzmocnił - teraz kombinuję, jak wskoczyć na witrynkę w salonie albo na górny rząd szafek w kuchni. Już swobodnie wchodzę do kabiny prysznicowej, do wanny - tylko do sedesu mam wstręt od czasu niechcianej kąpieli. Kiedy już wypuszczą mnie na podwórko i nie będą wciąż chuchać na łapy, wlezę na to drzewo, co na sąsiedniej działce rośnie, i skoczę z samego czubka, lepiej niż na bungee!
Nie było czasu na pisanie! Ta dwunoga Dominika, która w domu ma dwóch kolegów kotów, nie dalej niż przedwczoraj odwiedziła Pana, a przy okazji i mnie. Najpierw siedzieliśmy w pięcioro (ja, Bieluszka, Chili i dwunogi) i odbywało się grupowe głaskanie. Kiedy już prawie odlatywałem z błogości, dwunożni poszli na podwórze. Och, na moje podobieństwo grzebali zaciekle w ziemi, kopali dołki i coś zagrzebywali - ale nie udało mi się dostrzec zza szyby, czy robili przy tych dołach to samo, co ja w kuwecie... Podobno u dwunogich takie prace ziemne to się nazywa sadzenie i sianie. Co tam wyrośnie - czy coś do jedzenia? Na razie nic nie widać, ale skoro Dominika to robi, to na pewno będzie coś pięknego! Bo ona kocha prace ziemne, tak jak nasze Państwo nas, czterołapów...
Od tego porannego głaskania taki we mnie wstąpił animusz, że w nocy dwa razy zleciałem z półki, wprost na schody. Ale nic w sobie nie złamałem - bo jestem elastycznym kotem!
To ja, Wasz Bolo Śledzący! Wczoraj Państwo pobrali Chilusię i pojechali gdzieś (już wiem, że jadą, bo zabierają budkę ze sobą) na cały dzień. Po powrocie Chili znowu mi opowiadała o bezkresnych przestrzeniach działki, o leżeniu na słońcu i o tym, że dostała kość jak ona sama wielką. Nie chciało mi się wierzyć, że są takie duże gnaty, dopóki Pan nie dał Bieluszce takiego samego golenia. Ogromny! Bieluszka walczyła z nim przez cały wieczór!
Wieczorem leżąc na oparciu kanapy obserwowałem, jak psy poszły na podwórze. Kiedy powróciły, za nimi wślizgnęła się jakaś latająca potworność - brzęcząca pod sufitem, bzycząca na szybie okna. Próbowałem do niej podskoczyć, dosięgnąć i sprowadzić do parteru, ale była za szybka i za wysoko... Dziś rano kość już nie budzi nijakiego zainteresowania, ostrugana z resztek mięsa pracowitymi zębami Bieluszki. A mucha (tak nazywa się ten fruwający potwór) jakby nabrała siły - wkurza mnie tym brzęczeniem i wymachiwaniem łapami, jakby pokazywała mi, że mogę jej skoczyć. Więc skaczę, niech nie myśli! Pani mi zabrania i krzyczy, bo w ferworze polowania raz zaczepiłem obrazek, raz firankę i sześć razy klamkę. Pani nie ma w sobie żyłki myśliwskiej...
Ach, byłbym zapomniał - a to też ważne: dziś pozwolili mi wyjść na podwórko! Byłem w jakiejś szopie którą Państwo nazywają drewutnią i w której jest mnóstwo przedziwnych szpargałów - opowiem o tym dokładniej w następnej notatce... Na tarasie jest super ciepło, a jeszcze jest wokół coś takie zielone i miękie, nazywane trawnikiem - psy na to sikają. Trzeba będzie zbadać toto bliżej...
Znowu idą Święta! Tym razem ma być jakaś Wielka Noc i jakiś Dyngus. Co to takiego jest, zapytam wieczorem Bieluszki - na pewno opowiem, co się dowiedziałem...
Motyla noga, dwunogi mają tych świąt bez liku: to już drugie ważne święta w moim życiu, a przecież jeszcze były po drodze: Dzień Kota, Dzień Kobiet i Dzień Drzemki w Pracy. Dodatkowo dwunożni codzień rano powtarzają: "dzieńdobry!", a gdy zapada ciemność - "dobranoc!" Więc zapewne każdy świąteczny dzień jest jeszcze lepszy!
Podobnie jak i poprzednio, Pan nabrał werwy w porządkach. Tyle, że przeniósł się z tymi porządkami na teren dla mnie niedostępny: wraz z Dominiką krzątali się po podwórku, coś tam zamiatali, taszczyli jakieś ciężkie czarne wory, a potem napychali inne, zielone worki gałęziami. Dominika ponadto wkładała w ziemię różne zielone kłębki albo taką drobnicę, jak piasek - u dwunogich to się nazywa "siew" albo "sadzenie" (Pani uważa, że Dominika jest najlepszą ogrodniczką). Wydaje mi się, że ja też byłbym dobrym ogrodnikiem - uwielbiam kopać i grzebać! Mogłem tylko obserwować to wszystko pilnie zza szyby, nie pozwalają mi wyjść na taras, boją się, że pójdę gdzieś sobie i coś się ze mną stanie... A psy zostały dopuszczone bliżej, do kibicowania przy tych pracach ogrodowych. Chili nawet nasikała na świeżo zasiane - ciekawe, co tam wyrośnie?
Ach, jeszcze w ramach tych porządków znowu mi obcięli pazury. Nie przejmuję się tym - odrosną mi niebawem z powrotem...
Hej, czytelnicy! To ja, Bolesław Kotek! Jutro Pan ma mnie zabrać do tego miłego gościa w białym płaszczu - i podobno mam zostać zaszczepiony, czy jakoś tak. Nie wiem, co by to mialo znaczyć? Z kim mnie zczepią, i czy to będzie połączenie rozłączne? Pan wspominał też, że być może pojedziemy we troje z Chilusią, ale to chyba nie z nią mamy się szczepić... Odkryłem, że uwielbiam podróżować, w kuszetce z brązowego płótna, z gustownymi, błękitnymi lamówkami. Budka ma dwa okienka, więc widzę wszystko, co mijamy po drodze. Może zostanę globtrotterem?
W czasie, kiedy Państwo oglądali film, spałem z całej siły. Przyśniło mi się, że cały zaszczepiony wychodzę na podwórko: psy kroczą dumnie po obu stronach, pokazują mi wszystkie zakamarki, miejsca do obsikiwania i punkty widokowe do obgadywania dwunogów. I teraz ja obejmę w posiadanie całość naszej rezydencji - zasadzę słupy graniczne, a przynajmniej je podleję... Ciekawe, czy sen się spełni?
Bardzo jestem ciekaw, jak będzie na tym podwórku? Podsłuchałem, jak Pan myślał o jakiejś uprzęży dla Chili, a może i dla mnie - żebym nie dał nogi. Komu miałbym oddać nogę, tego już Pan nie precyzował. Pytałem się przy chrupkach, co sądzą koleżanki - ach, ileż nowej wiedzy zyskałem...
turystyka rowerowa
Pierwsza zaczęła Bieluszka wspominać, jak było, kiedy Pan zabrał ją do swojego kolegi - nie chciała iść, była potargana, a Pan nic tylko do kumpla i jego dzieci dwojga ją wlókł - wprawdzie tuż, tuż kilka domów dalej, ale i tak o jeden dom za daleko... Tam dzieci próbowały ją obłaskawić szynką i kiełbasą, ale Bieluszka była nieugięta - piszczała, piszczała aż wymogła na Panu powrót do domu...
Z kolei jej matka, Muszka - uwielbiała spacery, wyjazdy, wyskoki do sklepów i do różnych znajomych - wiedziała wcześniej niż Państwo, że zaraz zabrzęczą kluczyki do auta... Razem z Koko stanowiły duet turystek - automobilistek. Pan raz opowiadał, że będąc na podmiejskiej przejażdżce rowerowej, wraz ze swoim Tatą Zbigniewem - spotkali dwa jamniki, podróżujące ze swoim panem na rowerze! Ale to chyba bujda - jak zmieścić na jednym rowerzekierującego i dwa nienajmniejsze pieski?
Wczoraj Pan mnie zważył: któżby przypuszczał, że od tych sucharków i mleka coś takiego się we mnie rozrośnie - jestem większym kotem i cięższym znacznie! Już mam drugą cechę z numerem: żyję ponad trzy miesiące i ważę dwa całe kilogramy! Ciekawe, co jeszcze mi się przytrafi - podobno niedługo ma przyjść miesiąc zwany marcem. I ten marzec ma coś wspólnego z kotami... Ale kiedy pytam Felicji, tylko się pod wąsem rumieni i mówi, że kiedyś, jak dorosnę, to się sam dowiem... A czemu nie teraz?
Może w tym marcu pozwolą mi wyjść na taras albo i dalej, na podwórze. Póki co, tylko przez okno mogę popatrzeć, jak Chili z Bieluszką harcują tam, pod płotem - a mnie zazdrość skręca w obwarzanek! Tam, na podwórzu różne krzaczki nęcą mnie, kiwają do mnie przyjaźnie gałązkami - a w domu naraziłem się Pani, kiedy chciałem pohuśtać się na gałęziach Jej ulubionego kwiatka doniczkowego (trochę za bardzo się pohuśtałem i kwiat się popsuł...) Na szczęście nie jestem takim zupełnym wandalem, jak siostry i bracia Bieluszki, którzy Pani ogryźli buty i wyheblowali na okrągło nogi stołu (było ich tylko pięcioro, a Państwo wspominają całą hordę szczeniaków...). Czasem tylko coś spadnie, kiedy spaceruję po stole, ale to niechcący, naprawdę! I w związku z tym nie pozwalają mi wyskakiwać na stół - a ja tak nie lubię tras przyziemnych... Taki ze mnie skoczny Bolek!
To znowu ja, Bolek! Rosnę, jak na drożdżach! Już nie ja się boję psów, tylko one mają chwilami mnie dosyć... Już z Felicją jesteśmy bliżej, choć nadal prycha niezadowolona, że wychłeptuję jej mleko z miski... Kilka dni nic nie nadawałem, bo nie było czasu. Państwo wczoraj wypatrywało, bo miał chodzić jakiś ksiądz. No i był, owszem, miły gość w ubraniu podobnym do mojego (jeśli chodzi o kolor). Wizyta trwała może z 10 minut - zdecydowanie za krótko! Na koniec modlitwy wszystko wokół zostało spryskane wodą święconą - ech, jakby deszcz, tylko w dobrej sprawie...
śpię jak umiem najlepiej
Psy chodzą gdzieś za drzwi, a Pan mnie odpędza, bo jakoby się boi, żebym się nie zgubił... Po powrocie opowiadają, że szczekały na różnych obcych dwunogich, że były pod płotem, że chłodno albo wręcz mroźno - nie rozumiem tych słów, przecież w domu jest jednakowo... Pani z kolei wciąż na mnie "apsika" - jak tylko zrobię jakiegoś psikusa. A to ciągnę za sznur od żelazka, a to ślizgam się na śnieżnobiałym obrusie. Raz tylko wprawiłem Państwa w osłupienie - kiedy wpadłem w jakąś śliską studnię... Ledwo mi się udało wyskoczyć - a Pani ubolewała, że mało nie utopiłem sięw wychodku. Fuj, zmokłem! A potem Pan jeszcze mnie wziął do zlewu i umył moje mokre futerko szamponem! Ale miałem nauczkę - już nigdy nie będę przebywał na sedesie - to może być zabójcze... Co ci Państwo mają za zdrowie - siadają na nim po kilka razy w ciągu dnia...