Hej, to ja,
Bolesław! Jestem kotem! Ważę już prawie
kilogram - no, niech będzie prawdziwie - 60 deko. Ale nie jestem
grubasem... Podobno moją mamą była rasowa, wypasiona "
sybiraczka", tylko tatuś był
NN.... Jakieś dwa tygodnie temu zabrali mnie od sióstr i braci (a miałem ich sporo, chyba siedmioro) nowi Państwo. Jechałem pierwszy raz w życiu
samochodem! U Pani na kolanach było fajnie, zresztą zawinęli mnie w przyjemną w dotyku płachtę. Pan w tym czasie bawił się jakimś
szarym kółkiem i błyszczącym patykiem... Nie pozwolili się przyłączyć do tej zabawy, nie wiem, dlaczego? Na imię mi dali
Bolek! W ich domku zobaczyłem pozostałych
lokatorów: dwie psie suczki i
starszą kociczkę. One od razu wyczuły mój zapach - wąchały i wąchały i wąchały (trochę się bałem, czy nie wciągną mnie nosem, jak jakiś psi
narkotyk?) Jeden czarniawy piesek to całkowita krejzolka imieniem Chili. Ona jest
meksykanką ze starożytnego rodu Chihuahuów, ale wcale się nie wywyższa. Nie pozwala wprawdzie wejść do swojego
domku i złowrogo warczy przy jedzeniu, ale poza tym jest okej! Druga towarzyszka wygląda jak przydymiony nieco
biały olbrzym i nazywają ją Bieluch. Ona jest całkiem plebejska -
skundlona, ale nastawiona przyjaźnie. U niej w domu już byłem - fajnie tam ma, kilka wysmoktanych na wskroś
kości i
kromkę suchego
chleba (podobno na czarną jak ja sam godzinę...) Nie wiem co tamta godzina czarna oznacza, bo przecież ani my koty, ani psy chleba nie jadają, ale Bieluch mówiła, że tak być musi. Motyla noga! - myślałem że
tu wszystko mają wspólne: woda w dużej misce, półmisek sucharków i kanapa jak
transatlantyk... Na szczęście
kuwetę mam tylko dla siebie. Miski też dali mi osobne, niedostępne dla psich wyżeraczy... Żywię się
mlekiem, sucharkami, a czasem Pan albo Pani zgubi coś pysznego i uda mi się capnąć... Na razie jest cool!
Jutro Wam powiem, jak wygląda mój dzień powszedni.