Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty

01 września 2015

Wizyta pana Romana

Roman z rodziną
Minęło już chyba z dziesięć dni, jak odwiedził nasz domek piesek o imieniu Romek (nawet kot nie poczuje, jak mu się zrymuje), a ja jeszcze nie mogę ochłonąć... No, nie był sam: przyjechał wraz ze swoim Państwem, pił wodę z naszej miski i spał jak u siebie! Tamtych dwoje to Piotr i Madzia - na codzień mieszkańcy Trójmiasta. Nasze psy delikatnie dystansowały się od Romana, który choć większy, próbował się z nimi zaprzyjaźnić. Ja w ogóle nie pozwalałem sobie na jakieś zbliżenia - jakby to wyglądało, żeby obcy pies obcego kota molestował??? Ale Pan uległ urokowi Romana i pozwalał umyć sobie twarz jego mięciutkim, mokrym jęzorkiem.
Może, gdyby pomieszkał u nas dłużej, co najmniej tydzień (dwunodzy także by się wtenczas nie nudzili) - to pogadalibyśmy o różnych sprawach. Bo Roman żyje na kocią łapę z kotem o imieniu Laser, daleko na północy kraju. Żaden ze znanych mi kotów jeszcze nie wrócił stamtąd, choć kilku planowało wyprawy. Ciekawe, ile czasu zajęłoby kotu truchtanie do Trójmiasta? 

01 lipca 2015

Święto moich sióstr (przyrodnich)

Któżby pomyślał - dziś mamy Dzień Psa! To zapewne dlatego Pan wczoraj pobrał Chilusię i pomaszerowali gdzieś... Chili powróciła pełna wiadomości - opowiadała, jak pewna dwunoga doktorka przemawiała do niej czule, poczęstowała czymś pysznym oraz że dokonała jej pedicure... Pan też był dla Chili miły - uspokajał, chociaż wcale a wcale to struganie pazurków nie bolało! I Chilusia przyszła ochoczo, na własnych nogach całą drogę do tam i z powrotem!
A Bieluszka dostała dziś kawał mięska, na równi, jak Chili. Taka była część oficjalna święta. Podobno wieczorem pod stołem ma się odbyć balanga - ja też jestem zaproszony! Ale będzie się działo!

04 lutego 2015

Tina - kilkudniowa lokatorka

Państwo to ma od zarania takie szczęście z tymi czteronożnymi: Koko została odebrana od bezdusznych dwunogich i nie musiała spędzić reszty życia, uwiązana na łańcuchu, o oczkach większych niż jej młoda łapka. Mucha została przywieziona na trochę i została na zawsze, Felicja - znaleziona na odległym osiedlu przez koleżankę Pani z pracy - niemalże siłą dołączona do stadła. I dalej - Chili, przyczyna dziecięcej alergii - w nowym domu kochana na zabój, a na końcu ja - wyszukany przez Państwa jako instruktor gimnastyki dla wspomnianej już Chili.
O tym wszystkim rozmawialiśmy we troje (z Bieluszką, pod stołem w kuchni).
Pani ją ochrzciła imieniem Tina
 Wtedy też psy opowiedziały, jak to było z Tiną. Co za historia - psi horror! Aż się popłakałem, chociaż to nie krewna...
Było tak: kolega Pani z pracy, jednego lipcowego dnia opowiadał, że jeden z sąsiadów znalazł na peryferyjnej ulicy bezdomnego pieska, całkiem jak Chili, tylko rudego. Ale nie mają co z nim zrobić, i chyba oddadzą do schroniska. Państwo, po krótkiej naradzie orzekli, że zamiast do schroniska, niechby Oni wzięli to biedne zwierzątko! Pan pojechał pod wskazany adres i przywiózł do domu rozdygotane z nerwów, zestressowane maleństwo, chihuahuę jeszcze mniejszą niż Chili! W dodatku oblane jakimś ohydnym płynem, piekącym w ręce przy głaskaniu! Pan je delikatnie umył. Potem zabrał piesiątko do lekarza (ja też do niego się wybieram!), gdzie zostało zbadane na okoliczność ewentualnych złamań. Doktór stwierdził, że piesek jest zdrowy na ciele, a co do umysłu - to ma w pamięci straszliwe przeżycia. Zalecił spokój i dużo czułości - tego u Państwa jest pod dostatkiem. Potem Państwo ją ochrzcili - nadali imię Tina. Ależ to było grzeczne piesiątko! Nie umiało chodzić po trawie, ale brodziło w roślinach krokiem bocianim (wysoko podnosząc nóżki), idąc na siku. 
Państwo oraz wszyscy inni znajomi dwunożni zachodzili w głowę, jaki  zwyrodnialec porzucił na poboczu peryferyjnej ulicy, w blasku piekącego lipcowego słońca tą żywą maskotkę? A jakaś druga zwariowana baba wzięła ją na trochę do swojego domu, gdzie mieszkał stary, ośliniony buldog. Ale Tina nie nadawała się na zabawkę dla tego potwora. Nawet szczekać porządnie nie umiała... Więc babsko spowrotem wygoniło pieseczka na ulicę!
Tina po kilku dniach oswoiła się z Państwem i z domową zwierzyną. Ale wciąż potrzebowała bliskości dwunogich - nawet nocą zakradała się do ich legowiska, wspinając się po stromych schodach... Najlepiej czuła się leżąc na Panu, tak jak na fotografii.
Po tygodniu, może 10 dniach objawił się beztroski właściciel Tiny. Zgłosił się do zaprzyjaźnionego z Państwem doktora od psów, kotów i innych czteronożnych z listem gończym za swoją suczką. Podczas konfrontacji Tina rozpoznała swojego pierwszego pana, i odeszła za nim... Podobno nasz Pan do dziś żałuje, że oddał te biedne zwierzę w ręce niby uprawnione, ale całkowicie nieodpowiedzialne... Bo psy tak mają: niezależnie, jakim człowiekiem jest ich Pan - pozostają mu wierne.

16 stycznia 2015

Rosnę!

To znowu ja, Bolek! Rosnę, jak na drożdżach! Już nie ja się boję psów, tylko one mają chwilami mnie dosyć... Już z Felicją jesteśmy bliżej, choć nadal prycha niezadowolona, że wychłeptuję jej mleko z miski... Kilka dni nic nie nadawałem, bo nie było czasu. Państwo wczoraj wypatrywało, bo miał chodzić jakiś ksiądz. No i był, owszem, miły gość w ubraniu podobnym do mojego (jeśli chodzi o kolor). Wizyta trwała może z 10 minut - zdecydowanie za krótko! Na koniec modlitwy wszystko wokół zostało spryskane wodą święconą - ech, jakby deszcz, tylko w dobrej sprawie...
śpię jak umiem najlepiej
Psy chodzą gdzieś za drzwi, a Pan mnie odpędza, bo jakoby się boi, żebym się nie zgubił... Po powrocie opowiadają, że szczekały na różnych obcych dwunogich, że były pod płotem, że chłodno albo wręcz mroźno - nie rozumiem tych słów, przecież w domu jest jednakowo... Pani z kolei wciąż na mnie "apsika" - jak tylko zrobię jakiegoś psikusa. A to ciągnę za sznur od żelazka, a to ślizgam się na śnieżnobiałym obrusie. Raz tylko wprawiłem Państwa w osłupienie - kiedy wpadłem w jakąś śliską studnię... Ledwo mi się udało wyskoczyć - a Pani ubolewała, że mało nie utopiłem się w  wychodku. Fuj, zmokłem! A potem Pan jeszcze mnie wziął do zlewu i umył moje mokre futerko szamponem! Ale miałem nauczkę - już nigdy nie będę przebywał na sedesie - to może być zabójcze... Co ci Państwo mają za zdrowie - siadają na nim po kilka razy w ciągu dnia...