Pokazywanie postów oznaczonych etykietą działka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą działka. Pokaż wszystkie posty

27 lipca 2019

Robal - potwór z działek

robal z bliska
Dziś jesteśmy z Chilusią na działce. Do tej działki jedzie się autem, więc nie bywamy tam często, szkoda. Ale warto tam bywać, kiedy tylko się da! Na działce jest domek, a w nim (w jednym z pomieszczeń) -  cudowne łoże, pod którym sypiam z rozkoszą, i na które czasem pantata pozwoli mi wejść! Podczas działkowania czasami odwiedzają państwa różne zaprzyjaźnione dwunogi. Bolek znał ich wszystkich, a ja powoli poznaję przy różnych okazjach - pamiętacie, jak się skąpałam w wannie z deszczówką? Znam już zapachy: Andrzeja i Joli, Olgi i Konrada, a nawet Bożenki i Aluni. Każdego z tych dwunogów polizałam - lubię sie tak witać! Dziś też jest zgromadzenie przyjaciół przy stole - na pewno wieczorem będzie można coś dostać na zęba...
Zanim nastał czas wieczerzy, pojawił sie skądeś robal, ogromny jak smok - i zasiadł na oparciu leżaka. Może to był władca mokradeł, co są bliżej jeziora? A może przybysz z dalekich, egzotycznych krain? Pantata zrobił mu foto, na świadectwo, że nie wymyśliłam go sobie. I zaraz potem robal się podział, a my z Chilunią zajęłyśmy miejsca strategiczne - pod stołem. Bo dla nas pełny żołądek jest najważniejszy!
 

17 czerwca 2017

Jaśnie pan Matrix - mój kolega

Razem z Państwem pojechałam na to miejsce przy lesie, które dwunogi nazywają "działką". Nie uściślają, czego to jest fragment... Już wcześniej poznałam to cudowne miejsce z mnóstwem zapachów. Więc obwąchałam stare i nowe rzeczy, a potem zajęłam pozycję obserwatorki na granicy światów.
Książę Yorku
Oczywiście, wszyscy przechodzący drogą obok to wrogowie! Każdemu się dostało za pomocą mojego szczekania. A jeden miły gość - przechodził z psem podobnym do Buni, tylko o wiele żwawszym. I Pan go wciągnął razem z jego dwunogiem za bramkę... Ach, przełamałam wrodzoną nieufność i dałam się powąchać! Pieseczek też przyniósł ze sobą wiele nowych wrażeń węchowych. Okazało się potem, że ów przemiły kawaler ma na imię Matrix, że jego Państwo mają swoją "działkę" nieopodal, w tej samej wiosce i nawet w mieście także nie dzielą ich ogromne dla psich nóżek odległości! Matrix spodobał mi się także z tej przyczyny, że nienachalnie mnie adorował. Bo my, meksykańskie księżniczki starożytnego rodu Chichuachuów powinnyśmy obnosić się dumnie. A ów kolega - także jest utytułowanym hrabią, pochodzącym z Yorku. My, arystokracja, odnajdziemy się wszędzie!  

21 lipca 2015

Wolna chata po raz wtóry!

W miniony piątek Państwo szybko się spakowali: pobrali budkę z Chilusią, różne kosze i tobołki, jedzenie i picie - na pewno pojechali na tą egzotyczną wyspę w zieleni, którą nazywają w swoim żargonie "działą"...
No to mamy z Bieluszką wolną chatę! Myślałem, że jak i poprzednio - mogę spać na poduszce Pana, mogę pić z jego kubka (pod warunkiem, że zostawił coś do picia...), a Bieluszka może bezkarnie wylegiwać się na kanapie! Ach, myliłem się prawie we wszystkim - tylko to, że Państwo pojechali, było niepodważalne, bo z samego sobotniego poranka do domu wkroczyła Dominika ze swoim Tatą, więc nastrój leniwej samotności we dwoje prysł jak mydlana bańka! Owszem, wypuściła nas na moment, ale zaraz musiałem wracać - za to dostałem z jej ręki pyszną torebkę mięska w sosie - jakaś odmiana od sucharków. Myślałem, że ta inspekcja zakończy się i zostaniemy sami z Bieluszką, ale gdzie tam! Następnego poranka znów Dominika sprawdzała listę obecności - jak ci dwunodzy mają siłę tak nas inwigilować? A wieczorem - Państwo wrócili, wypoczęci... Chilusia miała tyle do opowiadania, że jeszcze dziś bolą mnie uszy od słuchania...                

12 kwietnia 2015

Polowanie na muchy

śledzę te latające potwory...
To ja, Wasz Bolo Śledzący! Wczoraj Państwo pobrali Chilusię i pojechali gdzieś (już wiem, że jadą, bo zabierają budkę ze sobą) na cały dzień. Po powrocie Chili znowu mi opowiadała o bezkresnych przestrzeniach działki, o leżeniu na słońcu i o tym, że dostała kość jak ona sama wielką. Nie chciało mi się wierzyć, że są takie duże gnaty, dopóki Pan nie dał Bieluszce takiego samego golenia. Ogromny! Bieluszka walczyła z nim przez cały wieczór! 
Wieczorem leżąc na oparciu kanapy obserwowałem, jak psy poszły na podwórze. Kiedy powróciły, za nimi wślizgnęła się jakaś latająca potworność - brzęcząca pod sufitem, bzycząca na szybie okna. Próbowałem do niej podskoczyć, dosięgnąć i sprowadzić do parteru, ale była za szybka i za wysoko... Dziś rano kość już nie budzi nijakiego zainteresowania, ostrugana z resztek mięsa pracowitymi zębami Bieluszki. A mucha (tak nazywa się ten fruwający potwór) jakby nabrała siły - wkurza mnie tym brzęczeniem i wymachiwaniem łapami, jakby pokazywała mi, że mogę jej skoczyć. Więc skaczę, niech nie myśli! Pani mi zabrania i krzyczy, bo w ferworze polowania raz zaczepiłem obrazek, raz firankę i sześć razy klamkę. Pani nie ma w sobie żyłki myśliwskiej... 
Ach, byłbym zapomniał - a to też ważne: dziś pozwolili mi wyjść na podwórko! Byłem w jakiejś szopie którą Państwo nazywają drewutnią i w której jest mnóstwo przedziwnych szpargałów - opowiem o tym dokładniej w następnej notatce... Na tarasie jest super ciepło, a jeszcze jest wokół coś takie zielone i miękie, nazywane trawnikiem - psy na to sikają. Trzeba będzie zbadać toto bliżej...

21 grudnia 2014

Bieluch - najstarsza towarzyszka mojego Państwa...

Wciąż u tych Państwa coś nowego! Dziś pierwszy raz w życiu jadłem takie pyszne rzeczy! Nie sucharki, tylko miękie, pachnące - Felicja mówiła, że to się nazywa: mięso i że pochodzi z kaczki... Były jeszcze kawałki takiego czegoś twardego, twardszego niż sucharek, ale tak samo pachnącego, jak mięso. Chili nazywa toto kość czy jakoś tak... Te kości to Pani dała właśnie Bieluchowi i Chili. A potem z ich mieszkań słychać było chrupanie i smakowite mlaskanie. Chili swoją kość nosi ze sobą wszędzie, pewnie boi się, żeby jej nikt nie zwędził. A Bieluch chrupie, chrupie, a potem chowa sobie na potem. Bieluch jest zapobiegliwa, zawsze coś tam w domu swoim ukrywa (sam kot nie poczuje, jak mu się zrymuje)...
Bieluch wygrzewa się w słońcu...
Dziś Pani piekła ciasto. Cała kuchnia była wypełniona zapachem! A wieczorem - ech, kurza twarz, cały kocioł mięsa gotowała... Bo podobno idą jakieś święta... Ciekawe, jak one idą i którędy? Czy przyjdą tak samo szybko, jak oboje Państwo w południe pobiegli na piętro i coś tam sprzątali? Ja im nie przeszkadzałem, ani nie pomagałem, bo ja nie umiem sprzątać. W ogóle, ze wszystkich prac domowych to najlepiej umiem spać...


Kilka słów muszę opowiedzieć o Bieluchu. Bieluch jest najstarszą, z żyjących czteronożnych w tym domu. Kiedy przyjechałem do domu z tymi Państwem, to Bieluch trzęsła się jak galareta. Taka była przejęta, że dołączył do grupy nowy lokator. A teraz - jesteśmy już kumplami! Według jej opowiadania powtarzam, bo nie wszystko rozumiem. Niektóre słowa brzmią obco. I nie chodzi wcale o to, że to w języku psim... A więc z Bieluchem było tak: urodziła się niespodziewanie, jako jedynaczka, w pewien letni wieczór, wieki całe temu, pod tym samym stołem, pod którym teraz ja baraszkuję z Chili. Jej matką była Mucha, która rok później wymknęła się jakąś szparą w płocie i zaginęła gdzieś, przed Wigilią - rany, musimy się pilnować! Ach, to może dlatego Bieluch nie lubi oddalać się od domu? Żeby nie podzielić losu mamy? Ja to chyba nigdy bym nie wyszedł sam! Chyba, że mnie Państwo zabierze ze sobą na działkę - Chili mówiła, że tam jest suuuper!