Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chihuahua. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chihuahua. Pokaż wszystkie posty

13 kwietnia 2018

Święto łamigłówki

Mistrzyni układania się do snu...
Hejka, dwunogi! Czy wiecie, że dziś obchodzicie Dzień Scrabble? 
Moi Państwo (od niedawna wyznawcy tego słowotwórczego hazardu) czy dzień, czy wieczór, do nocy - wraz z Anią i jej mężem Krzysiem ciągle prześcigają się w układactwie "kostek" tworzących jakieś tam "wyrazy". Żeby oddać sprawiedliwość - owe "kostki" wcale nie smakują jak kości. Co do "wyrazów" - nie wypowiem się...
Natomiast z okazji dnia, fetującego "układanie" przypomniała mi się moja starsza siostra Bieluszka. Ach, jak ona cudownie umiała się układać do spania! Nieważne, czy na miękiej kanapie, czy płytach kamiennej posadzki - aż się chciało przyłączyć!
I co ja teraz zrobię - biedna, samotna chihuahua? Daję Państwu co rusz sygnały, że potrzebuję towarzysza, ale Państwo jakieś gamoniowate. Niby potrafią wyczytać coś z plastikowych kwadracików, ale wysłuchać mowy mej to już nie... Muszę chyba ich silniej zmotywować - zębami!

01 lipca 2016

Dzień Psa

Bunia po kąpieli
Emma
Witajcie! 
To znowu ja donoszę, kot Bolesław, tajny korespondent z Lublina! Dzisiaj niewiele będzie mówione o mnie, bo dzisiaj wielkie święto - dziś przypada Dzień Psa! Raniutko już złożyłem życzenia Bieluszce i Chili. Wprawdzie nie widziałem przygotowań, ale obie zapowiedziały wieczorem balangę - oj, będzie się działo! A przed południem leżeliśmy we troje na tarasie i psy wspominały dawniejsze czasy u Państwa. Najwięcej do powiedzenia miała właśnie Bieluszka, która pamiętała jeszcze superpsicę Koko... Wspominała także swą mamusię Muszkę, która gryzła
Koko za młodu
wszystkich dookoła, łącznie z księdzem, co przyszedł do Państwa z duszpasterską wizytą (robiła to obojętnie i w milczeniu) oraz swe starsze rodzeństwo, które pastwiło się nad obuwiem Pani, zanim nie poszło do nowych domów... Obie
Mucha w trawie
psinki także mówiły o yorczyczce spod Warszawy o imieniu Bunia, która zamieszkała z Państwem na starość, cichutkiej i łagodnej. Chili wspominała swoje dzieciństwo w wielkim domu pod Warszawą (po sąsiedzku z pierwszym Państwem Buni), w otoczeniu młodych jak ona dwunogów: Klaudii, Janka i Gabrysi. Razem z Chilusią mieszkała tam druga chihuahua - Emma, całkiem inna! Oczywiście były też słowa o moich poprzednikach - kotach i kociczkach. Bo Felicja, w skrócie Felka, była drugą dziewczyną (pierwszą była ruda brudaska o imieniu Boruch) w stadzie naszego Państwa! Zapach Felicji to jeszcze pamiętam.
higiena Felki
Te pozostałe czterołapy żyją tylko we wspomnieniach - przywoływane także przez Państwa, jako niedościgły wzór (cnoty lub chuligaństwa). Ale kiedy one były młode, też pewnie były przyrównywane do starszych... Ja to już osiągnąłem ten stan, że jestem za młodu traktowany jak stary - taki jestem dobrze wychowany, wzorowy wręcz kot. A ponieważ jestem także skromny, tylko Wam mówię o tym...

20 maja 2015

Jej wysokość Chili

Oto ja, Wasz niestrudzony komentator spraw kocio-psich, Bolesław Waleczny! Mówię tak, bom w potyczce z jakimś burasem doznał rozdarcia ucha - ale on za to ma z nosa firankę! Więc jak mój słynny dwunogi imiennik, byłem Chrobry!
księżniczka Chili
A teraz najnowsza wiadomość: Państwo z tego wyjazdu przywieźli teczkę, wcale nie wykradzioną z IPN... Ta teczka jest zupełnie innym zbiorem dokumentów - w tekturowej osłonce jest ukryta historia Chili, do trzeciego pokolenia wstecz... Rodzice, dziadkowie, pradziadkowie i prapradziadkowie powymieniani są z imienia, barwy i herbu, bo wszyscy jej krewni to sami hrabiowie psi i psie markizy, z kraju ościennego... Nie będę Was trzymać w niepewności i powiem od razu, że Chili jest chihuahuą pochodzącą z Czech! I pomimo arystokratycznego pochodzenia, bawi się ze mną, razem biegamy po podwórzu, pijemy z tej samej miski - tylko do jej budki z różową kokardą nie wchodzę, choć aż mnie skręca z ciekawości, co tam w środku jest? Dobrze, że nie sprofanowałem mieszkania Chili, bo teraz, to już nie jest chyba zwyczajna budka, tylko malutki pałacyk...

04 lutego 2015

Tina - kilkudniowa lokatorka

Państwo to ma od zarania takie szczęście z tymi czteronożnymi: Koko została odebrana od bezdusznych dwunogich i nie musiała spędzić reszty życia, uwiązana na łańcuchu, o oczkach większych niż jej młoda łapka. Mucha została przywieziona na trochę i została na zawsze, Felicja - znaleziona na odległym osiedlu przez koleżankę Pani z pracy - niemalże siłą dołączona do stadła. I dalej - Chili, przyczyna dziecięcej alergii - w nowym domu kochana na zabój, a na końcu ja - wyszukany przez Państwa jako instruktor gimnastyki dla wspomnianej już Chili.
O tym wszystkim rozmawialiśmy we troje (z Bieluszką, pod stołem w kuchni).
Pani ją ochrzciła imieniem Tina
 Wtedy też psy opowiedziały, jak to było z Tiną. Co za historia - psi horror! Aż się popłakałem, chociaż to nie krewna...
Było tak: kolega Pani z pracy, jednego lipcowego dnia opowiadał, że jeden z sąsiadów znalazł na peryferyjnej ulicy bezdomnego pieska, całkiem jak Chili, tylko rudego. Ale nie mają co z nim zrobić, i chyba oddadzą do schroniska. Państwo, po krótkiej naradzie orzekli, że zamiast do schroniska, niechby Oni wzięli to biedne zwierzątko! Pan pojechał pod wskazany adres i przywiózł do domu rozdygotane z nerwów, zestressowane maleństwo, chihuahuę jeszcze mniejszą niż Chili! W dodatku oblane jakimś ohydnym płynem, piekącym w ręce przy głaskaniu! Pan je delikatnie umył. Potem zabrał piesiątko do lekarza (ja też do niego się wybieram!), gdzie zostało zbadane na okoliczność ewentualnych złamań. Doktór stwierdził, że piesek jest zdrowy na ciele, a co do umysłu - to ma w pamięci straszliwe przeżycia. Zalecił spokój i dużo czułości - tego u Państwa jest pod dostatkiem. Potem Państwo ją ochrzcili - nadali imię Tina. Ależ to było grzeczne piesiątko! Nie umiało chodzić po trawie, ale brodziło w roślinach krokiem bocianim (wysoko podnosząc nóżki), idąc na siku. 
Państwo oraz wszyscy inni znajomi dwunożni zachodzili w głowę, jaki  zwyrodnialec porzucił na poboczu peryferyjnej ulicy, w blasku piekącego lipcowego słońca tą żywą maskotkę? A jakaś druga zwariowana baba wzięła ją na trochę do swojego domu, gdzie mieszkał stary, ośliniony buldog. Ale Tina nie nadawała się na zabawkę dla tego potwora. Nawet szczekać porządnie nie umiała... Więc babsko spowrotem wygoniło pieseczka na ulicę!
Tina po kilku dniach oswoiła się z Państwem i z domową zwierzyną. Ale wciąż potrzebowała bliskości dwunogich - nawet nocą zakradała się do ich legowiska, wspinając się po stromych schodach... Najlepiej czuła się leżąc na Panu, tak jak na fotografii.
Po tygodniu, może 10 dniach objawił się beztroski właściciel Tiny. Zgłosił się do zaprzyjaźnionego z Państwem doktora od psów, kotów i innych czteronożnych z listem gończym za swoją suczką. Podczas konfrontacji Tina rozpoznała swojego pierwszego pana, i odeszła za nim... Podobno nasz Pan do dziś żałuje, że oddał te biedne zwierzę w ręce niby uprawnione, ale całkowicie nieodpowiedzialne... Bo psy tak mają: niezależnie, jakim człowiekiem jest ich Pan - pozostają mu wierne.

20 grudnia 2014

Fiesta Mexicana czyli zabawy z Chili

Dziś opowiem, jak to jest z Chili. Już mówiłem, że to suczka chihuahua, z długimi (jak kiedyś mieli hippisi) czarnymi włosami. Chili oddałaby swoją psią duszę za słuszny fragment wołu, najlepiej wstępnie rozdrobnionego, chudego i bez żył - jakąś polędwicę albo udo.. Pan wydziela jej dzienną porcję mniejszą niż mój ogon. I to ma wystarczyć??? Ja bym miauczał jak opętany - "Więcej chcę!!!"
portret mojej koleżanki
Przez pierwsze dni patrzyliśmy sobie w oczy nieufnie. Wprawdzie w moim pierwszym domu był pies, i też czarny, ale zupełnie inny! I co z tego, że duży - ale swój! A tu: mała, szczekliwa i nieznajoma... 
Po upływie tak około dwunożnego tygodnia codziennego mijania się bez słowa, dzieląc się Pańskimi pieszczotami z resztą czteronogów, poczułem się na tyle śmielej, że obwąchaliśmy się z Chili dokładniej. No i niepotrzebnie się bałem - ona jest bardzo, ale to bardzo przyjazna, rozrywkowa! Bawimy się! Rano, to przeważnie biegamy: raz ja gonię Chili, a raz ona mnie. Czasem do tego joggingu przyłącza się Bieluch. Potem, kiedy już zjemy swoje śniadanka (Chili dostaje mięsko, a ja mam sucharki z mlekiem), to różne mamy plany na resztę dnia... Pan czasem jest rano skupiony i nie zwraca na nas uwagi (patrzy się w takie plastikowe okienko i nadusza jakieś guziki), a czasem gdzieś wychodzi. Od czasu do czasu Pana odwiedzają inni dwunożni - wtedy Chili na nich krzyczy...
Jednego razu, kiedy już sobie poszedł ten dwunóg Zenek, a Pan zaraz za nim, Chili opowiedziała mi swoją historię, skąd się tutaj wzięła...
Przez długi czas mieszkała ze swoim Państwem Numer 1 w pięknym domu, daleko, daleko stąd. Oprócz Pana i Pani, w tamtym domu było jeszcze troje dzieci.  Bawiły się one z Chili i ona bawiła się z nimi. Ale po pewnym czasie okazało się, że Janek, jeden z trojga, ma alergię na psie futro...
No i zaczęli szukać nowego domu dla Chili. Były różne domy brane pod uwagę, ale zwyciężyły dobre, znajome i czułe ręce tutejszych Państwa.
Pewnego dnia została przywieziona razem ze swoją budką jednorodzinną... (Podoba mi się ta budka, szczególnie duża różowa kokarda przy wejściu - może kiedyś Chili pozwoli mi tam wejść do środka?) Psinka pierwszą noc przepłakała, drżąc jak listek na drzewie podczas huraganu. W dzień siedziała w swojej budce albo chowała się za kanapą i wciąż krzyczała, że chce wracać tam do swoich, że nie chce tu być, z tym Państwem. Myślę, że obawiała się tego samego co ja - co ją tutaj czeka? Bieluszka nic się nie odzywała, ale udzielał jej się nastrój psiego smutku. A teraz? Tylko się z tego śmieje i wyjmuje Panu, temu brodatemu dwunogowi, co smaczniejsze kąski wprost z ust (Pani sobie na to absolutnie nie pozwala!)...
Na dzisiaj dość już gadania - Chili mnie ciągnie za łeb, lecę się bawić!

17 grudnia 2014

Wspomnienie dnia pierwszego

Siedzę na dachu pieczary...
Hej, to ja, Bolesław! Jestem kotem! Ważę już prawie kilogram - no, niech będzie prawdziwie - 60 deko. Ale nie jestem grubasem... Podobno moją mamą była rasowa, wypasiona "sybiraczka", tylko tatuś był NN....  Jakieś dwa tygodnie temu zabrali mnie od sióstr i braci (a miałem ich sporo, chyba siedmioro) nowi Państwo. Jechałem pierwszy raz w życiu samochodem! U Pani na kolanach było fajnie, zresztą zawinęli mnie w przyjemną w dotyku płachtę. Pan w tym czasie bawił się jakimś szarym kółkiem i błyszczącym patykiem... Nie pozwolili się przyłączyć do tej zabawy, nie wiem, dlaczego? Na imię mi dali Bolek! W ich domku zobaczyłem pozostałych lokatorów: dwie psie suczki i starszą kociczkę. One od razu wyczuły mój zapach - wąchały i wąchały i wąchały (trochę się bałem, czy nie wciągną mnie nosem, jak jakiś psi narkotyk?) Jeden czarniawy piesek to całkowita krejzolka imieniem Chili. Ona jest meksykanką ze starożytnego rodu Chihuahuów, ale wcale się nie wywyższa. Nie pozwala wprawdzie wejść do swojego domku i złowrogo warczy przy jedzeniu, ale poza tym jest okej! Druga towarzyszka wygląda jak przydymiony nieco biały olbrzym i nazywają ją Bieluch. Ona jest całkiem plebejska - skundlona, ale nastawiona przyjaźnie. U niej w domu już byłem - fajnie tam ma, kilka wysmoktanych na wskroś kości i kromkę suchego chleba (podobno na czarną jak ja sam godzinę...) Nie wiem co tamta godzina czarna oznacza, bo przecież ani my koty, ani psy chleba nie jadają, ale Bieluch mówiła, że tak być musi. Motyla noga! - myślałem że tu wszystko mają wspólne: woda w dużej misce, półmisek sucharków i kanapa jak transatlantyk...  Na szczęście kuwetę mam tylko dla siebie. Miski też dali mi osobne, niedostępne dla psich wyżeraczy... Żywię się mlekiem, sucharkami, a czasem Pan albo Pani zgubi coś pysznego i uda mi się capnąć... Na razie jest cool!
Jutro Wam powiem, jak wygląda mój dzień powszedni.