Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wołowina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wołowina. Pokaż wszystkie posty

08 czerwca 2018

Dni dzieci

Spocznij, wolno wąchać!
Podobno dwunogi obchodzą raz w roku Dzień Dziecka - dziwne, tyle mówią o tych dzieciach (urodzonych i nie-), a tylko jeden dzień w roku im poświęcają. My z Kiką czujemy się jak córeczki Państwa - głaskane i hołubione na wszystkie możliwe sposoby. Państwo wręcz wyrywają sobie nas z rąk... I my celebrujemy każdy z naszych dni! 
Bo każdy z nich jest inny - raz deszcz, raz słońce, raz w misce wół a raz kura, czasem jakieś sucharki a czasem gnaty (ach, ten szpik, co przenika mój nos do szpiku!) - ale nie ma dnia, żeby się nie poprzytulać do Pani-Mamy albo Pana-Taty... Kika to wręcz uwielbia najpierw umyć swoje nogi w misce, a potem osuszać je o pańskie spodnie lub koszulę. Ja wolę tradycyjnie - rozpłaszczyć się na Pani nogach albo brzuchu i wymieniać się ciepłem. Nie ma to jak ciepłe przyjęcie!

16 stycznia 2018

Dzień pikantnych potraw

Chili con Carne - żarcie ma moje imię!
Dziś jest światowe święto Pikantnych Potraw - czyli moje! Przecież to ja mam wpisane w dokumentach rodzinnych, sięgających do arystokratycznej piątej prapraprababki wstecz i takiegoż dziadka, a które to dostałam po urodzeniu i zabrałam na drogę do moich pierwszych i drugich Państwa, imiona: Chili Pepper de Tricolor! A przecież w świecie opasłych od zjadania pyszności dwunogów, przyprawy: pieprz i chili to bardzo pikantne posypki...
Ciekawe, że pomimo posiadania imion tak ostrych jak brzytwa, nie jestem zwolenniczką takiego jedzenia? Wolę raczej takie świeże, nie doprawiane mięsko, najchętniej fragmenty jakiegoś młodego wołu. Nie pogardzam również drobiem ani świńskimi podrobami - mój stosunek do serc czy wątróbek jest bardzo pozytywny! Natomiast ryby lubię usmażone - z niecierpliwością drętwieję u stóp mojego Państwa, oczekując, aż spadnie na podłogę kręgosłup czy skóra z dorsza...
W domowych opowieściach o superpsicy imieniem Koko wciąż przewija się epizod z solonymi śledźmi. Kokusia była bardzo grzecznym psem i nie potrafiła odmówić poczęstunku, zwłaszcza od babci mojego Pana, co potem odchorowała (i przy okazji umęczyła Panią). Pomna tej przypowieści - w życiu bym nie wzięła między zęby jakiegoś tam śledzia! A fuj!

25 stycznia 2016

Niechciany posiłek

śniadanie na trawie
Przyniosłem wczoraj Państwu coś na zęba!
Widziałem, jak rano Pan szykował sobie danie z surowego mięska (mówią że to Tatar - czyżby kanibale, ci moi dwunodzy?). Ja ostatnio zasmakowałem w odmianach od sucharków. Dzień w dzień czaję się na poranny czas dokarmiania Chili - ale dopiero tylko ze dwa razy mi się udało uczestniczyć w rytualnym spożywaniu wołu... 
Państwo czasem dzielą się z nami swoimi potrawami, a czasem chowają je przed nami. Ja -  kot wszędobylski, odnajduję większość tych schowanych, ale jakoś nie przepadam za usuchłymi bułkami ani zwiędłą marchwią... Ciekawsze smakowo czy wręcz rarytasy Państwo chowają do tej białej, zimnej szafki - jeszcze nie umiem jej odemknąć... Żal mi się zrobiło Pani, że Pan jej nie dał Tatara - inwalidy, więc postanowiłem sam się odwdzięczyć za wikt... 
Wracając do potrawy, czyli mówiąc po łacinie - ab ovo, to z wędrówki po okolicznych domach przyniosłem Państwu mysz! Szybko ją załatwiłem, żeby Pani mogła zjeść jeszcze ciepłą! A Pan - niewdzięcznik i brutal - z odrazą wziął ją za ogon i odrzucił na dach garażu! I po co tak bardzo się starałem - może dwunogi wolą szczurka? 
Na garażu prawie zawsze dyżurują takie czarnobiałe ptaki - i zaraz zwęszyły świeżonkę! Po kilku minutach nie było śladu po moim połowie...
Następnym razem zjem sam - nie dam Państwu skosztować, skoro nie umieją się zachować...

19 stycznia 2016

Codziennik czterołapów

Zwyczajny dzień powszedni w naszej gromadzie wygląda tak: bladym świtem pobudka! Trąbka gra w telefonie i nasza kochana Pani wstaje, schodzi do kuchni i wypuszcza psy na podwórko. Ja też wychodzę - nie mogę się doczekać, kiedy mroźna wilgoć wniknie w rozgrzane snem łapy! To jest lepsze, niż prysznic spod kół auta! A psy - nieochoczo zimą wybiegają, oj, nie! Kluczą i kombinują, pewnie wolą umrzeć z powodu pęknięcia pęcherza moczowego, niż od chodzenia po śniegu - takie te nasze piecuchy psie... 
Potem Pan wstaje, szoruje kły i pysk, nakłada na siebie przeróżne tkaniny, a potem wraz z Panią wychodzą. Pan przeważnie zaraz wraca. Z tej białej szafy, wionącej chłodem wyjmuje dla Chili codzienny posiłek - kulę ze zmielonego wołu. W oczekiwaniu na rozpuszczenie się kulki czas mija niepostrzeżenie. Pan wciąż słucha jakiegoś pitolenia, jak z wytartej empetrójki (uwielbia to po prostu!) - posłuchajcie zresztą sami:
Ja zazwyczaj pokręcę się troszkę to tu, to tam i idę poleżeć. Czasem umyję sobie nogi najpierw, a czasem potem - żeby nie było monotonii!
Czasami do Pana przychodzą różni znajomi. O, wtedy jest fajnie! Tylko jeden, imieniem Zenek (kolega Pana, miły gość) wywołuje w Chili jakąś bezrozumną złość - szczeka i szczeka i szczeka, na trwogę i bez dania racji - oj nie polubi Chili Zenka, długo... Bywa także w czasie przedpołudniowym, że odwiedzi nas Dominika - wtedy jest naprawdę suuuper! Pogłaszcze, pomizia nas sprawiedliwie, czasem coś z Panem piją. Och, dawno już jej nie było! Może dlatego, że Dominika przemieszcza się za pomocą roweru, a w śniegu koła grzęzną i ślizgają się? Pewnie dopiero z wiosną nas odwiedzi...
Jeszcze innym czasem Pan gdzieś wychodzi - dwunogi też muszą nieraz wyjść, choćby zawierucha! Wtedy jest w domu cichutko, tylko woda w kaloryferach szumi... Ten szum działa na mnie usypiająco - och, jak ja kocham spokój!

26 października 2015

Moje urodziny

Z kociego kalendarza wynika, że żyję już rok! Ale Państwo jakoś nie uczcili specjalnie tej doniosłej daty - dzień minął niepostrzeżenie, bez toastów, wystrzałów z szampana ani nawet z korkowca... I nie dostałem nawet tortu z myszy, który śnił mi się kilka razy...
Chociaż, patrząc na wegetację innych kolegów i koleżanek, mieszkających w cuchnących mysimi odchodami i zgniłym ziemniakiem piwnicach blokowisk - wygrałem chyba główny los na loterii! U nas codziennie jest prawie że święto: jedzenie zawsze na mnie czeka w miseczce, i to nie byle jakie! Czasami uda mi się złasować od Chili jakąś grudeczkę jej pożywienia - Pan wydziela tą kuleczkę jak jakieś lekarstwo - nazywa się ono "mięso" i pochodzi od "wołu". Trzeba przyznać, że to wielki smakołyk - czasami Pan sam zjada takie mięso, przyprawione na ostro - och, jaki jest wtedy rozanielony! Po jedzeniu (i przed takoż) poleguję sobie w łóżku Państwa, w mięciutkiej pościeli. Czasem pobawię się z Chilusią w berka albo w chowanego (nie bawię się z nią tylko w kotka i myszkę, bo nie wypada, prawda?), i nieraz dołączy do naszego duetu Bieluszka. Uwielbiam też leżeć na parapecie i obserwować ptaszki - trochę mnie kusi, żeby na tego lub owego zapolować.... Bo podobno ptaszki też są z mięsa!

12 lutego 2015

Obuwnicze praktyki Chili


Chili w swoim domku
TW Bolek znów donosi! Dziś będzie o dziwnych, porannych lub sróddziennych praktykach Chili. Opowiadałem już, że ona mieszka w takiej prześlicznej budce z różową kokardą, w kuchni, pod stołem. To jest  jej królestwo, do którego nawet nie pozwala się zbliżyć. Kategorycznie zakazała mi wchodzić, a mnie aż skręcało z ciekawości - ale cóż, zakaz to zakaz, i już! Stamtąd ma oko na wszystko. Patrzy co robi Bieluszka i gdzie śpi Felicja, i czy jej  wołowina już zmiękła... I tam czasami pilnuje Pańskiego domowego obuwia - wtedy jest tak ważna, jak Kapciowa!
Chili w akcji!
A zaczyna się tak: gdy Państwo rano wychodzą, Chili śledzi zachowanie Pana. I gdy tylko on ubierze  buty - Chilusia cichutko jak myszka, zabiera Pańskie kapcie (są wielkie jak kajaki, więc nosi po jednym) w okolice swojej budki i tam nadzoruje ich pobyt. Czasami wciąga jednego lub oba do środka, a czasami wystarczy, że leżą w zasięgu jej wzroku. Nie miałem śmiałości jeszcze zapytać, po co to robi?

07 lutego 2015

Nie tylko kiszka potrafi zginąć

Mówiłem już, że swoje sucharki i mleko mam tu w pokoju Państwa, na półce przy kominku. A Bieluszka je pod schodami, Chili to całkiem kosmonautka - zjada kuleczkę z wołowiny raz dziennie, a potem tylko patrzy, co Państwo wsuwają... Czasem z tego patrzenia coś jej się trafi - Pani albo Pan coś niby to upuści.  Felicja ma salon spożywczy na piętrze - mleko bez ograniczeń i od czasu do czasu jakieś ekstra jadło. Nasze jedzenie jest zupełnie odmienne, niż Państwa - mówią oboje, że dla nas ich pokarm jest niezdrowy... Trudno, to Państwa przywilej - że oni szynkę, a my - sucharki. I tak by mogło być - żadna sprawa, ale zaczęło moje mi ginąć!
Zaczaiłem się raz i po krótkiej chwili odkryłem - dlaczego Chili nosi ksywę czarna dziura... Znalazła metodę, jak by tu podkraść mi sucharki! A Felicja, moja starsza przyjaciółka - gdy nikt nie patrzy, wychłeptuje MOJE mleko (zawsze podobno ukradzione smakuje lepiej). Więc następnego dnia - ja w odwecie ukradłem Chili te mięso, co się rozmrażało!
Troszkę przesadziliśmy z tą rybą co Pani sobie schowała na zaś...

24 stycznia 2015

Wielkie żarcie w wykwintnym stylu!

Sobota! Dziś Pani ma wolne! Rano powkładała swoje i Pańskie wymienne futerka do jakiejś takiej szafki z oknem, a potem pstryknęła w prztyczek i zaczął się spektakl! Kręciły się te ubrania w lewo i w prawo, coś polewało ich wodą z pianą, aż na koniec zaczęły wirować... Chciałem tam wejść, przez uchylone w przerwie przedstawienia okienko, ale Pani mnie odpędziła, nie wiem dlaczego...  Pan wyjął w międzyczasie śniadanko dla Chili - zamrożoną kuleczkę mięsa z wołu i położył, żeby odtajała. Więc poznałem dziś, jak smakuje wół - zakradłem się cichutko na kuchenny blat, a stamtąd już bezproblemowo sięgnąłem łapą na półeczkę... Nikomu nic nie mówiłem - był jeszcze trochę zimny, ale PYSZNY! O, to zupełnie inne jedzenie, niż moje sucharki! Myślałem, że Pan będzie mnie dyscyplinował za tą złasowaną porcję mięsa, ale burza przeszła bokiem. Nawet dał mi taki patyczek do jedzenia, smakowity niezwykle! Ale za to z zapałem spędzał mnie ze stołu...
szlachetna paczka - rozmiar koci
Okazało się, że to dopiero początek rozkoszy podniebienia - Pani mówiła coś do takiego metalowego pudełeczka, z niego zciszony głos jakby odpowiadał, a potem pojawili się nowi dwunożni! Poznałem ich - to Jola i Andrzej, ci matematyczni wielbiciele nas, kotów! Już raz jeden wpadłem w ich ręce - ale nie było źle - głaskali mnie i coś tam między sobą mruczeli. A dziś obdarzyli mnie paczką konserw - chociaż nie mają nic wspólnego z konserwatorium. No, pakunek przekazali Państwu, ale intencja była oczywista - to dla mnie, od nich niespodzianka... Z wdzięczności za to pozwoliłem się znowu dotykać, pazurki trzymałem ukryte w miarę, nie gryzłem ręki dwunożnej donatorki. Nawet trochę pobawiłem się z Chili, tak na pokaz (ale najlepiej nam wychodzi zabawa, kiedy nikt obcy nie podgląda). Dwunożni goście chcieli zapanować nad mą duszą - wyjęli czarną tabliczkę z oczkiem i chcieli zrobić mi zdjęcie - ale tak się jak piskorz wywijałem, że zrezygnowali... Pan to co innego - on ma taką srebrną cegłę z piorunem - z nim nie mam szans... Właśnie ustrzelił mnie, kiedy pożywiam się jedną konserwą z tej szlachetnej paczki - takich pyszności nie jadłem jeszcze nigdy w życiu, a mam już przecież trzy miesiące! Nawet nie mam siły się mocować z psami. Położyłem się spać z powrotem, z brzuchem rozkosznie wypchanym... Dobranoc, do następnego spotkania!

20 grudnia 2014

Fiesta Mexicana czyli zabawy z Chili

Dziś opowiem, jak to jest z Chili. Już mówiłem, że to suczka chihuahua, z długimi (jak kiedyś mieli hippisi) czarnymi włosami. Chili oddałaby swoją psią duszę za słuszny fragment wołu, najlepiej wstępnie rozdrobnionego, chudego i bez żył - jakąś polędwicę albo udo.. Pan wydziela jej dzienną porcję mniejszą niż mój ogon. I to ma wystarczyć??? Ja bym miauczał jak opętany - "Więcej chcę!!!"
portret mojej koleżanki
Przez pierwsze dni patrzyliśmy sobie w oczy nieufnie. Wprawdzie w moim pierwszym domu był pies, i też czarny, ale zupełnie inny! I co z tego, że duży - ale swój! A tu: mała, szczekliwa i nieznajoma... 
Po upływie tak około dwunożnego tygodnia codziennego mijania się bez słowa, dzieląc się Pańskimi pieszczotami z resztą czteronogów, poczułem się na tyle śmielej, że obwąchaliśmy się z Chili dokładniej. No i niepotrzebnie się bałem - ona jest bardzo, ale to bardzo przyjazna, rozrywkowa! Bawimy się! Rano, to przeważnie biegamy: raz ja gonię Chili, a raz ona mnie. Czasem do tego joggingu przyłącza się Bieluch. Potem, kiedy już zjemy swoje śniadanka (Chili dostaje mięsko, a ja mam sucharki z mlekiem), to różne mamy plany na resztę dnia... Pan czasem jest rano skupiony i nie zwraca na nas uwagi (patrzy się w takie plastikowe okienko i nadusza jakieś guziki), a czasem gdzieś wychodzi. Od czasu do czasu Pana odwiedzają inni dwunożni - wtedy Chili na nich krzyczy...
Jednego razu, kiedy już sobie poszedł ten dwunóg Zenek, a Pan zaraz za nim, Chili opowiedziała mi swoją historię, skąd się tutaj wzięła...
Przez długi czas mieszkała ze swoim Państwem Numer 1 w pięknym domu, daleko, daleko stąd. Oprócz Pana i Pani, w tamtym domu było jeszcze troje dzieci.  Bawiły się one z Chili i ona bawiła się z nimi. Ale po pewnym czasie okazało się, że Janek, jeden z trojga, ma alergię na psie futro...
No i zaczęli szukać nowego domu dla Chili. Były różne domy brane pod uwagę, ale zwyciężyły dobre, znajome i czułe ręce tutejszych Państwa.
Pewnego dnia została przywieziona razem ze swoją budką jednorodzinną... (Podoba mi się ta budka, szczególnie duża różowa kokarda przy wejściu - może kiedyś Chili pozwoli mi tam wejść do środka?) Psinka pierwszą noc przepłakała, drżąc jak listek na drzewie podczas huraganu. W dzień siedziała w swojej budce albo chowała się za kanapą i wciąż krzyczała, że chce wracać tam do swoich, że nie chce tu być, z tym Państwem. Myślę, że obawiała się tego samego co ja - co ją tutaj czeka? Bieluszka nic się nie odzywała, ale udzielał jej się nastrój psiego smutku. A teraz? Tylko się z tego śmieje i wyjmuje Panu, temu brodatemu dwunogowi, co smaczniejsze kąski wprost z ust (Pani sobie na to absolutnie nie pozwala!)...
Na dzisiaj dość już gadania - Chili mnie ciągnie za łeb, lecę się bawić!