Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

11 listopada 2016

Nadchodzi zima...

Podaj cegłę!
To ja, Chilusia, teraz do Was mam słów kilka! Już minęły dni ciepłe, spędzane na beztroskim obszczekiwaniu pojawiających się nieopodal dwunogów. Teraz Państwo wypuszczają nas na sikanko i zaraz przymykają drzwi do ich królestwa. Za to po podwórku uwijają się pobrudzeni zaprawą dwunożni - to z dnia na dzień coraz bardziej wznosi się odnowiony domek dla stalowego koteczka...
Aby szczeknąć i będzie znów wstrętny śnieg leżał na naszych ścieżeczkach... Ech, mówię wierszem, jak poeta jakiś znany, co napisał o jesieni...
Tęsknię wciąż za naszym Bolesławem, wspominam i czasami cichutko warknę: Bolku - dlaczego dałeś się złapać? Chciałeś być gwoździem programu, głównym daniem? To chyba źle pojęty kosmopolityzm...

10 maja 2016

Wypadek mojego Pana

badanie
Hej! Myśleliście pewnie, że jako nie odzywam się dni kilkanaście, to wzorem innych kotów biegających po okolicy, już jestem zabity, rozjeżdżony, płaski? Nieprawda! Ja bardzo uważam na auta, mimo że zdarza mi się czasem przebiec przez jezdnię - jezdnia to śliski, niebezpieczny grunt... Widziałem raz, jak dwunodzy oglądali jakiegoś mojego krewniaka, a potem został w tym miejscu - śnił mi się potem...
To całe moje milczenie było z powodu paskudnego wypadku mojego Pana - chociaż ja do niego przemawiałem wciąż czule, on nie miał możliwości i siły tłumaczyć w locie i zapisywać... Bo mój Pan został ofiarą wypadku na własne życzenie - podczas przejażdżki swym ulubionym skuterem zapoznał się z twardością asfaltu w naszym mieście. Wpadł w poślizg przy awaryjnym hamowaniu i zaliczył ślizg na lewym boku... 
Po stwierdzeniu odniesionych szkód (maszynowo przejrzeli Pańskie ciało na wylot), Pan wstępnie został zagipsowany. Widziałem - miał na nodze twardą, jak z betonu rurę od kostki aż do połowy uda! Nasza Pani była w szoku, zmartwiona bardzo... Następnie Pan trafił do szpitala, gdzie wstawiono mu w nogę kawałek żelaza, Pani odwiedzała go codzień - zaraz po pracy pędziła do Pana, sprawdzała postępy rekonwelescencji, a potem przynosiła ze sobą zapach opatrunków i szpitalnej kuchni. Tak było przez ponad dwa tygodnie. W tym czasie wszyscy: nasza Pani, zaprzyjaźnieni dwunodzy, ja i moje koleżanki czterołapki bardzo przeżywaliśmy nieobecność i cierpienia naszego Pana. Ale za to jaka nas ogarnęła radość, gdy w końcu wrócił! Bo nasi Państwo najlepiej czują się razem - ba, żyć bez siebie nie mogą! My także uwielbiamy, kiedy są wszyscy...

12 stycznia 2016

Ścieżki Bola

Jestem piechurem, jak to kot. Nie próbowałem chodzić w butach - to dobre dla bajek, opowiadanych przed zaśnięciem niedużym dwunogom. Ja mimo że boso, ale w ostrogach - mam swój koci porządek świata. Jeden z moich imienników w świecie dwunożnym, co był generałem ułanów, także rozpoczynał od pieszych marszrut...
I mimo, że chodzę własnymi ścieżkami, to w domu u Państwa tworzymy z psami codzienne rytuały.
na balu...
Rano wychodzimy na podwórze: sprawdzić, co słychać, obwąchać ślady nocnych gości, no i oczywiście - wypróżnić się. Niby mam tą swoją kuwetę, ale nie ma nic wspanialszego, niż przykucnąć pod krzaczkiem! Chili i Bieluszka także wyznają tą filozofię, chociaż im czasem wygodniej w domu, co jest dla mnie rzeczą wręcz obrzydliwą! Państwo na nie krzyczą i odgrażają się jakimś łańcuchem, ale chyba to jeno pogróżki... A ten śnieg, to zdecydowanie przereklamowany - czym się tu zachwycać? Mokre i zimne ohystwo!
Dalszy mój szlak codzienny wiedzie przez kanapę, na której zawzięcie leżę, odpoczywam przed albo po obserwacji ptaszków. Czasem, gdy Pan nie patrzy albo go nie ma, Bieluszka i Chili przychodzą też poleżeć - im nie wolno wchodzić na kanapę, a mimo to włażą - okazuje się że psy są straszliwie niesubordynowane pomimo nauk. Ja się zawsze słucham, chociaż nikt nie słyszał o tresowanych kotach!
Dni są podobne, zatem pewnie dlatego popadam w rutynę. Wieczorami także chodzę sam lub z psami - one zostają na podwórku, a ja myszkuję po okolicach (ciekawe, czy myszki kotują?). Gdy zbliża się pora snu, nadsłuchuję, czy Pan mnie nie woła - nie lubię spać w drewutni, na pociętych drwach lub Pańskich szpargałach, wolę w domu! Raz mi się zdarzyło, nikomu nie życzę spania w komórce! Psy śpią w swoich legowiskach: Chili w budce z różową kokardą, a Bieluszka w skrzynce, pod schodami. Ja idę razem z Państwem na piętro: kładzie się Pani, kładzie się Pan, i ja się kładę. Gdzie? Leżę na nich albo przynajmniej w nogach. Czasem jeszcze obejdę sypialnię, sprawdzę, czy nikt obcy nie buszował po parapetach - to też ważne przyzwyczajenie... 

21 lipca 2015

Wolna chata po raz wtóry!

W miniony piątek Państwo szybko się spakowali: pobrali budkę z Chilusią, różne kosze i tobołki, jedzenie i picie - na pewno pojechali na tą egzotyczną wyspę w zieleni, którą nazywają w swoim żargonie "działą"...
No to mamy z Bieluszką wolną chatę! Myślałem, że jak i poprzednio - mogę spać na poduszce Pana, mogę pić z jego kubka (pod warunkiem, że zostawił coś do picia...), a Bieluszka może bezkarnie wylegiwać się na kanapie! Ach, myliłem się prawie we wszystkim - tylko to, że Państwo pojechali, było niepodważalne, bo z samego sobotniego poranka do domu wkroczyła Dominika ze swoim Tatą, więc nastrój leniwej samotności we dwoje prysł jak mydlana bańka! Owszem, wypuściła nas na moment, ale zaraz musiałem wracać - za to dostałem z jej ręki pyszną torebkę mięska w sosie - jakaś odmiana od sucharków. Myślałem, że ta inspekcja zakończy się i zostaniemy sami z Bieluszką, ale gdzie tam! Następnego poranka znów Dominika sprawdzała listę obecności - jak ci dwunodzy mają siłę tak nas inwigilować? A wieczorem - Państwo wrócili, wypoczęci... Chilusia miała tyle do opowiadania, że jeszcze dziś bolą mnie uszy od słuchania...                

29 czerwca 2015

Wolna chata!

Bez wielkich przygotowań, w piątkowe popołudnie Państwo pobrali księżniczkę Chili z jej domkiem, kilka paczek, kosz i trzy foliowe torby - powiedzieli mi na odchodne: Pa, Boluniu!" i pojechali sobie gdzieś... Zostaliśmy samowtór z Bieluszką - cała chata nasza! Mogłem zupełnie bezkarnie spać na stole, pić wodę ze zlewozmywaka, a nawet wylegiwać się po obfitym posiłku, w łożu Państwa! A Bieluszka z ochotą testowała miękość fotela i kanapy w salonie...
Bladym świtem, około 9-ej rano w sobotę przybyła Dominika (wcześniej już mówiłem, że bardzo ją lubię) - pogłaskała mnie na przywitanie, sprawdziła zapas sucharków, ale nie pozwoliła umknąć na podwórko... Tylko Bieluszka mogła wysikać się do woli w trawie, mi przypadła w udziale osobista kuweta. Kotu to zawsze wiatr w oczy - a myślałem, że Dominika mi sprzyja! 
Potem jakiś czas Dominika spędziła wśród roślin - coś im tam nuciła, coś im posprzątała, polała wodą... Na odchodne jeszcze nas wygłaskała, i znowu mogliśmy się delektować wolnością... 
Następnie była niedziela - taki sam poranek z Dominiką, i taka sama nasza swoboda. Ech, nudna jest na dłuższą metę rozłąka z Państwem - nie cieszą psoty, jeśli wiem, że nikt mnie nie zbeszta... Na szczęście wieczorem już witałem się czule z Chilusią, z Panią i z Panem! Stokroć bardziej wolę być Państwa poddanym, niż samowolnie samotnym kotem. Najbardziej lubię, gdy wszyscy są w domu...

17 grudnia 2014

Wspomnienie dnia pierwszego

Siedzę na dachu pieczary...
Hej, to ja, Bolesław! Jestem kotem! Ważę już prawie kilogram - no, niech będzie prawdziwie - 60 deko. Ale nie jestem grubasem... Podobno moją mamą była rasowa, wypasiona "sybiraczka", tylko tatuś był NN....  Jakieś dwa tygodnie temu zabrali mnie od sióstr i braci (a miałem ich sporo, chyba siedmioro) nowi Państwo. Jechałem pierwszy raz w życiu samochodem! U Pani na kolanach było fajnie, zresztą zawinęli mnie w przyjemną w dotyku płachtę. Pan w tym czasie bawił się jakimś szarym kółkiem i błyszczącym patykiem... Nie pozwolili się przyłączyć do tej zabawy, nie wiem, dlaczego? Na imię mi dali Bolek! W ich domku zobaczyłem pozostałych lokatorów: dwie psie suczki i starszą kociczkę. One od razu wyczuły mój zapach - wąchały i wąchały i wąchały (trochę się bałem, czy nie wciągną mnie nosem, jak jakiś psi narkotyk?) Jeden czarniawy piesek to całkowita krejzolka imieniem Chili. Ona jest meksykanką ze starożytnego rodu Chihuahuów, ale wcale się nie wywyższa. Nie pozwala wprawdzie wejść do swojego domku i złowrogo warczy przy jedzeniu, ale poza tym jest okej! Druga towarzyszka wygląda jak przydymiony nieco biały olbrzym i nazywają ją Bieluch. Ona jest całkiem plebejska - skundlona, ale nastawiona przyjaźnie. U niej w domu już byłem - fajnie tam ma, kilka wysmoktanych na wskroś kości i kromkę suchego chleba (podobno na czarną jak ja sam godzinę...) Nie wiem co tamta godzina czarna oznacza, bo przecież ani my koty, ani psy chleba nie jadają, ale Bieluch mówiła, że tak być musi. Motyla noga! - myślałem że tu wszystko mają wspólne: woda w dużej misce, półmisek sucharków i kanapa jak transatlantyk...  Na szczęście kuwetę mam tylko dla siebie. Miski też dali mi osobne, niedostępne dla psich wyżeraczy... Żywię się mlekiem, sucharkami, a czasem Pan albo Pani zgubi coś pysznego i uda mi się capnąć... Na razie jest cool!
Jutro Wam powiem, jak wygląda mój dzień powszedni.